piątek, 26 sierpnia 2016

Alchemia. Zmierzch

Brak komentarzy:
Im dłużej poszukiwano kamienia filozoficznego tym więcej osób powątpiewało w możliwość transmutacji metali nieszlachetnych w szlachetne. No, ale cóż, wzbogacenie się niskim kosztem nadal napędzało chęć znalezienia czerwonej tynktury. Sporo z tych „poszukiwaczy” to byli zwyczajni oszuści. Choć nadal istnieli prawdziwi adepci. Jedną z trywialnych metod było wkładanie na dno tygla czy to srebra czy złota. Następnie zalewano dno woskiem o kolorze tygla. Więc gdy tygiel jest stawiany na ogniu wosk się roztapia i w „cudowny” sposób otrzymywano złoto lub srebro. Bardziej biegli w alchemii do oszustwa używali amalgamatów lub dokonywali pozłacania lub posrebrzania. Jednym ze sławniejszych oszustów był Jan Dominico Manuel Caëtano. Utrzymywał, że około roku 1695 roku posiadł umiejętność transmutacji metali. 
 
W roku 1705 roku przyjechał do Berlina i zaprezentował sztukę przemienienia metalu w złoto przed Fryderykiem I. Gdy przemiana się udała Dominico zamieszkał w pałacu letnim władcy. Król nie chcąc urazić swojego gościa nie proponował pieniędzy. Nasz „adept” po jakimś czasie sam się upomniał o pieniądze. Fryderyk I zaczął powątpiewać w Caëtano, który wyczuł zmianę koniunktury i uciekł do Hamburga, a następnie do Frankfurtu, gdzie został złapany i wysłany do Berlina, gdzie został powieszony. Gdy mówimy o okresie końcowym alchemii nie można zapomnieć o różokrzyżowców. Ten zakon powstał w 1614 roku i ma się całkiem dobrze. Ich postulaty są strasznie niejasne. Ogólnie poszukują prawdy naturalnej czyli między innymi kamienia filozoficznego i eliksiru życia. Z ramienia zakonu wydano kilka dzieł. Większość z nich opowiadała o osobie kryjącego się pod inicjałami C.R.C. Był to Holender, który w 1378 roku wyruszył do Damaszku, aby studiować dzieła starożytnych. Odwiedził też niejakie miasto Damcar, gdzie otrzymał „Księgę M”, w której zawarte były wszystkie tajemnice bytu. Musiał też znaleźć osoby, którym będzie mógł przekazać wiedzę. Wrócił do Europy i założył Zakon Róży i Krzyża. Składał się na początku z 8 członków, którzy mieli zreformować świat. Postulaty Zakonu były mgliste. 
 
Przewijały się takie slogany jak „zreformowanie świata” czy „uszczęśliwienie ludzkości”. Jednak głównym celem było odkrycie kamienia filozoficznego, który miał przysłużyć się do „zreformowania” i „uszczęśliwienia”. Z nauk Zakonu sporo czerpie jeden z rodzai masonerii. Do różokrzyżowców należeli na przykład: Saint Germain, który twierdził, że jest nieśmiertelny, no cóż okazało to się nieprawdą. Do Zakonu należał również Jakub Casanova czyli znany nam wszystkim najsłynniejszy kochanek wszech czasów. Zakon istnieje do dziś i działa na zasadzie tajnych lóż tak jak na przykład wolnomularze. W 1654 powstało w Norymberdze powstało jeszcze jedno stowarzyszenie zrzeszające alchemików tak zwane Towarzystwo Alchemiczne, jednak w przeciwieństwie do Zakonu Róży i Krzyża istniało tylko do 1700 roku, ale posiadało największą bibliotekę dzieł alchemicznych. Istnienie tego stowarzyszenia podaję jako ciekawostkę. Ogólnie można powiedzieć, że do upadku alchemii przyczyniali się nowo pojawiający się chymicy, którzy to z całej plątaniny alchemicznych teorii i rozważań wyciągali tylko praktyczne elementy dając podstawy do zaistnienia nowej dziedziny nauki. Datą, którą można uznać za graniczną jeśli chodzi o zmniejszanie znaczenia alchemii można uznać rok 1661. W tym roku Robert Boyle wydał swoje dzieło „The Sceptical Chymist”. 
 
To w niej została podana definicja pierwiastka, który różnił się od definicji alchemicznej. Boyle napisał, że pierwiastek to pierwotne lub proste nie połączone z niczym ciała. W wieku XIX można powiedzieć, że alchemia umarła jako nauka. Część historyczną mamy za sobą, poświęcę ze dwa blogi do opisania różnych motywów i narzędzi alchemicznych. A teraz pozwolę sobie na małe podsumowanie. Według mnie alchemia miała duży wpływ na obraz współczesnego świat. Bo już odchodząc od tej całej metafizyki i pogoni za kamieniem filozoficznym, eliksirem życia czy transmutacją metali to alchemicy mieli duży wkład w dzisiejszą wiedzą. Bo alchemicy jako pierwsi opracowali otrzymywanie różnych związków chemicznych. Również zawdzięczamy im porcelanę i proces destylacji, który dla niektórych jest to proces wręcz najważniejszy. Więc powiem slangiem młodzieżowym: „Ty to alchemię szanuj”. 
 
 
~Dominik

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Alchemia. O Sędziwoju słów kilka.

Brak komentarzy:
Najsławniejszym polskim alchemikiem by Michał Sędziwój (Sendivogius) żył na przełomie XVI i XVII wieku (1566-1636). Najprawdopodobniej studiował w Krakowie filozofię i nauki humanistyczne, jednak miał też rozległą wiedzę matematyczno-przyrodniczą. Sędziwój zaczął swoje alchemiczne podróże w ostatniej dekadzie wieku XVI. Te podróże mogły się odbyć dzięki wsparciu Mikołaja Wolskiego, jednego z mecenasów alchemii w Polsce. W 1593 roku został przyjęty na dwór Rudolfa II gdzie podjął pracę nad Wielkim Dziełem. Już wtedy był sprawnym alchemikiem. Do historii przeszedł pokaz, gdzie Michał Sędziwój wyciągnął ze ściany gwóźdź i śrubę, które posmarował jakimś płynem i włożył je do rozpalonych węgli. Po wyjęciu przemieniły się w „czyste srebro”. Rudolf II bardzo ufał Sędziwojowi. Nieraz cesarz wysyła go z misjami dyplomatycznymi na Wschód. 
 
 
Jednak w 1599 roku Sędziwojowi wytoczono proces w sprawie zwrotu pożyczonych pieniędzy. Wtedy Sędziwój trafił na pewny czas do aresztu, który wkrótce opuścił. Polski alchemik wrócił do Polski, bowiem pogniewał się na czeskiego władcy, bo opowiedział się po stronie prawa. Sędziwój osiadł w Krakowie, gdzie zajął się poważnie alchemią. Jednak tak jak w przypadku Rudolfa II tak i Zygmunt III Waza powierzał Michałowi misje dyplomatyczne. Okres spokoju nie trwał jednak długo. Do Sędziwoja doszły wieści, że Seton-Kosmopolita został uwięziony przez elektora saskiego Chrystiana II, który chciał wydobyć od niego tajemnicę kamienia filozoficznego. Michał Sędziwój zebrał fundusze i wyruszył do Saksonii. Używając podstępu mógł spotykać się z więźniem i pewnej nocy upiwszy strażników uciekł razem z Setonem. Seton był jednak wycieńczony i zmarł. Jednak przed śmiercią przekazał Sędziwojowi uncję (ok. 28,3g) magicznego proszku, który mógł uszlachetnić 5000 razy większą masę dowolnego metalu. Jednak nie dostał receptury tego proszku (choć na recepturze zależało mu najbardziej). Sędziwój w ciemię nie był bity i wpadł na pomysł, żeby ożenić się z wdową po Setonie. Miał nadzieję, że w papierach alchemika znajdzie tą recepturę, ale się przeliczył. W roku 1604 Zygmunt III wysłał Michała Sędziwoja z misją dyplomatyczną do Rudolfa II. Cesarz przyjął Polaka z najwyższymi honorami, a on się odwdzięczył pokazem transmutacji metalu w złoto. A tak przy okazji, większość osób uważało, że Sędziwój naprawdę przemienia dowolny metal w złoto, jednak najprawdopodobniej był to proces pozłacania. Ale wracając na praski dwór. Cesarz by tak zachwycony wyczynem Sędziwoja, że kazał wmurować tablicę pamiątkową w sali gdzie ta transmutacja miała miejsce. Ta tablica znajduje się w tamtej sali po dziś dzień i widnieje na niej napis „Niech ktokolwiek inny uczyni to,\co uczynił Polak Sędziwój”. W tym czasie wydał kilka książek. Pierwsza wydana anonimowo to „Kosmopolity nowe światło chemiczne”, następnie „Dwanaście traktatów o kamieniu filozoficznym” oraz „Traktat o soli”. 
 
W „Traktacie o soli” przedstawił przepis tynktury uniwersalnej zwanej u niego Merkuriusz triumfujący filozofów. Ogólnie stał się bardzo sławny, co zakończyło się zaproszeniem przez Fryderyka Wirtemberskiego do Stuttgartu, gdzie został aresztowany na rok. W 1607 roku wrócił do Krakowa, gdzie mieszkał do 1616 roku. W tym roku wybrał się do Niemiec, w roku 1617 na prośbę Ferdynanda III założył, a następnie zarządzał kopalnią ołowiu na Śląsku. 
 
Wynagrodzenie Sędziwoja obejmowało między innymi miasteczko Krawarz. Michał Sędziwój był biegły w alchemii. Umiał otrzymywać amalgamaty (stopy gdzie jednym ze składników jest rtęć) złoto i srebra i potrafił je destylować czyli z tych stopów otrzymywać z powrotem metale wejściowe. Można powiedzieć, że jako pierwszy opisał tlen, o którym mówił: „Stworzony jest człowiek z ziemi, żyje z powietrza, jest bowiem w powietrzu ukryty pokarm życia”. Jednak nie potrafił udowodnić istnienia tlenu w sposób doświadczalny. Dopiero półtora wieku później Karl Schelle udowodnił istnienie tlenu. Jednak czy znał pracę Sędziwoja? Otóż tak, ponieważ czytał Glaubera, który poświęcił jedno ze swoich dzieł pracom Sędziwoja. Sędziwój miał rozległą wiedzę chemiczną. „Traktat o soli” dał podwaliny do otrzymania kwasu azotowego z prażenia saletry i ałunu. Michał Sędziwój używał wielu pseudonimów tj. Borentiu, Sendivog, Sendivogius,Sensophax. 
 
 
~Dominik

piątek, 19 sierpnia 2016

“Pamiętnik z przyszłości” - recenzja

Brak komentarzy:
Tytuł: „Pamiętnik z przyszłości”
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 430 
 
 
„Mroczne rodzinne tajemnice, trudne decyzje, wielkie nadzieje i bolesne rozczarowania… oraz magia, ukrywająca się w gąszczu codziennych zdarzeń. Trudno sobie wyobrazić bardziej bolesne zderzenie z rzeczywistością od tego, jakiego doświadczyła 16-letnia Tamara Goodwin. Po nagłej śmierci ojca raptownie kończą się luksusy i dostatki – dziewczyna musi przeprowadzić się na wieś, do skromnego domu krewnych. Jedną z niewielu rozrywek, na jakie może sobie pozwolić, są książki z biblioteki objazdowej. Pewnego dnia w ręce Tamary trafia zagadkowa, oprawiona w skórę księga zamknięta złotą kłódką. To pamiętnik – o tyle niezwykły, że pisany ręką Tamary, z wpisami z dni, które dopiero mają nadejść… Czy wiedza o przyszłości pomoże dziewczynie w zmaganiach z trudnym losem? A może lepiej nie podejmować walki z przeznaczeniem?”
 
Fabuła 9/10 
 
Książka opowiada o metamorfozie rozkapryszonej nastolatki w młodą, myślącą kobietę. Przecież nic bardziej nie zmienia człowieka niż traumatyczne przeżycia. Jeśli doliczyć do tego rodzinne tajemnice, chorobę matki, ciągle pilnującą ciotkę i chrząkającego wuja to robi się z tego niezły bałagan. Tamarze w przezwyciężeniu jej problemów i zrozumieniu siebie pomaga nie tylko tytułowy pamiętnik z przyszłości, ale również wspaniała zakonnica - siostra Ignacjusz, która zna ją lepiej niż ona sama. Oczywiście nie mogło się obyć bez wątków miłosnych, w których sama Tamara nieźle namieszała. Ale to już inna historia. Tak czy inaczej na pewno każdy z nas się zastanawiał co by zrobił gdyby znał przyszłość. Czy warto walczyć z tym co nadejdzie, czy warto zmieniać decyzje? Osobiście uważam, że warto. Tamara również. W innym wypadku nie rozwiązałaby tajemnicy swojej rodziny i nie pomogła im. 
 
Bohaterowie 9/10 
 
Autorka dała nam tutaj szerokie spektrum charakterów: od tytułowej wkurzającej nastolatki, poprzez jej matkę Jennifer, która po śmierci męża straciła kontakt z rzeczywistością, następnie wydawać by się mogło, że nadopiekuńcza ciotka Rosaleen ma złote serduszko ,bo poświęciła swoje życie dla dobra innych – o nie, nic bardziej błędnego, kończąc na wuju Arthurze, który tak jak wspomniałam wcześniej porozumiewa się jedynie przy pomocy chrząknięć, ale tylko do pewnego momentu. Nie należy również zapominać o siostrze Ignacjusz, która jako starsza osoba, jest wspaniałym, dobrym człowiekiem i pomaga każdemu bez względu na to czy na to zasługuje ,czy nie. Jak widać mamy tutaj prawdziwą plejadę gwiazd. 
 
Styl 9/10
 
Czytało mi się lekko i przyjemnie. Opisy nie były przytłaczające, a miały na celu przybliżenie otoczenia, w którym działa się akcja, a także zrozumienie zachowań bohaterów. Niejednokrotnie zastanawiałam się co też kryło się pod zachowaniem Rosaleen i nie zawiodłam się – toż to prawdziwa „perełka”. Autorka w ostatnich rozdziałach opowiedziała nam całą historię jej życia. Nie byłam rozczarowana. Ocena końcowa 9/10 Zdecydowanie polecam „Pamiętnik z przyszłości” jako rewelacyjną książkę. Nie dość, że nie mogłam się od niej oderwać, to jeszcze mój mózg ciągle analizował wszystkie wydarzenia. Nie tylko te z książki, ale również te życiowe. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie, aczkolwiek podejrzewam, że w większości sięgnie po nią żeńska część. Bo któż z nas nie boryka się z rodzinnymi sekretami i nie chciałby, aby w nasze ręce wpadł tytułowy pamiętnik z przyszłości? O ileż życie byłoby prostsze, gdybyśmy wiedzieli jakich sytuacji unikać…
Bardzo dziękuję wydawnictwu Akurat oraz firmie Business & Culture za możliwość przeczytania książki.
 
 
 
- Frey

środa, 10 sierpnia 2016

Egipscy bogowie w mitologii i grach #2

Brak komentarzy:
Bastet – bogini miłości, radości, muzyki, tańca, domowego ogniska i płodności. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że bogini ta chroni mężczyzn przed chorobami i demonami. Przedstawiana jest jako kobieta z głową kota lub kot. Córka Ra – boga słońca i Izydy – bogini płodności i opiekunki rodzin. Po 1100 p.n.e. wielu bogów miało swoich antagonistów. Złymodpowiednikiem Bastet była Sechmet (Sachmet). Po śmierci kota mumifikowano go, a opiekunowie golili sobie brwi. Z racji tego, że koty były czczone i uważane za święte, nie można ich było zabijać, a jeśli ktokolwiek dopuścił się tak karygodnego czynu, mógł zostać zlinczowany przez tłum. Przejdźmy do gry. Nasuwa się jedna, czyli SMITE, gdzie wizerunek Bastet jest nieco inny. Jej postać ma kocie łapy, pazury u rąk, oczy i uszy, posiada także ogon, ale twarz ma ludzką. Można by się spodziewać, że będzie postacią wspomagającą, biorąc pod uwagę jej mitologiczną historię. Nic bardziej mylnego. Bastet jest zabójcą. Jej pasywna umiejętność Open Wound (Otwarta Rana) pozwala na zadanie dodatkowych obrażeń po użyciu umiejętności Pounce (Pazur), Razor Whip (Smagnięcie Brzytwą), Declaw. Utrzymuje się ona na przeciwniku przez kilka sekund zadając dodatkowe obrażeń. 
 
Pazur pozwala Bastet na doskoczenie do przeciwnika i zadaje obrażenia w obszarze skoku. Użycie ponownie umiejętności w ciągu kilku sekund, spowoduje powrót na poprzednią pozycję i otrzymanie bonusu do poruszania się. 
 
Smagnięcie Brzytwą to umiejętność, która sprawia, że przeciwnicy krwawią przez określony czas, a gracz z każdym uderzeniem zwiększa zadawane obrażenia. 
 
Declaw to wyrzucenie sztyletu przez Bastet w kierunku wroga, który detonuje się, zadaje obrażenia i spowalnia przeciwników. Ostatnia umiejętność czyli Cat Call (Przyzwanie Kotów) przywołuje trzy koty, które po przyzwaniu atakują najbliższych wrogów, spowalniając i zadając im obrażenia. Jeśli jakiś wróg w pobliżu krwawi, koty zaatakują go jako pierwszego. Są one przyzwane na określony czas.

piątek, 5 sierpnia 2016

Alchemia. Polska

Brak komentarzy:
Pierwsze wzmianki o alchemii na Ziemiach Polskich pochodzą z przełomu XIII/XIV wieku. Pierwszym alchemikiem pochodzenia polskiego był Mikołaj, dominikanin. O nim samym wiemy niewiele. W 1278 pojawił się na dworze Leszka Czarnego jako nadworny lekarz. Był zwolennikiem używania leków przygotowanych w sposób alchemiczno-magiczny. Ogólnie tamten okres w alchemii w Polsce jest słabo udokumentowany. Więcej natomiast wiemy o alchemii przełomu wieków XV/XVI. Większość polskich alchemików stanowili zakonnicy. I tak dnia 27 kwietnia roku 1462 miał miejsce pożar wywołany przez dominikańskich alchemików, który zniszczył całkiem sporą część Krakowa. Jednak największy rozwój alchemia osiągnęła w XVI wieku. Alchemia była uznawana za naukę zakazaną, więc nie wykładano jej na uniwersytetach, choć jej elementy pojawiały się na studiach medycznych na Uniwersytecie Krakowskim. Dwór królewski był przychylny alchemikom, co powodowało, że na utrzymaniu władcy znajdowało się zawsze kilku alchemików. Do Polski przybywały takie tuzy alchemii takie jak Johann Faust czy Paracelsus. W roku 1569 w Polsce zostały nawet wydane dwa dzieła tego drugiego. Za główną przyczynę wzrostu zainteresowań alchemią w Polsce uznaje się rozwój górnictwa i hutnictwa. Dzięki odkryciom alchemicznym można było oczyszczać wiele metali, w tym ołów. I tak w roku 1517 powstało pierwsze państwowe laboratorium chemiczne. Pewnie każdy kojarzy Jana Twardowskiego, czy to z utworu Adama Mickiewicza „Pani Twardowska” czy innego dzieła. Otóż można podejrzewać, że Twardowski istniał naprawdę(a nawet wielu naukowców uważa, ze istniał naprawdę). Jerzy S. Bandtkie doszedł do wniosku, że był on polskim szlachcicem i autorem dzieł czarnoksięskich. Inni utożsamiają go z dwoma Johannami Faustami, znanym nam doktorem lub drukarzem. W Bibliotece Jagiellońskiej można znaleźć „Księgę Twardowskiego”, która jednak, jak się później okazało, jest autorstwa Pawła z Pragi. Twardowski podobno na Uniwersytecie Krakowskim studiował matematykę i chemię. Pierwsza wzmianka pochodziła z „Dworzanina polskiego” Łukasza Górnickiego. Inni uważają że postać Twardowskiego to tak naprawdę Lorenc Dhur zwany Duran, a 'Durus' to po łacinie twardy. Jak jest naprawdę nikt tego się zapewne nie dowiemy. 

Wśród zwolenników alchemii byli władcy tacy jak Zygmunt Augusty, Stefan Batory czy Zygmunt III Waza i magnaci polscy Mikołaj Wolski i Olbracht Łaski. Zygmunt August już od młodości interesował się wszelakimi naukami tajemnymi. Jego mentorami byli Stanisław Dewojna oraz Baltazar Smosarski. Dewojn cieszył się dużym zaufaniem króla i wtajemniczył go w alchemię i astrologię. Smolarski zanim trafił na dwór Zygmunta Augusta zasłynął jako lekarz impotencji i bezpłodności. Przypisuje mu się też, że na zlecenie Katarzyny Radziejowskiej sporządził truciznę dla książąt mazowieckich Stanisława i Janusza. Stefan Batory choć był zwolennikiem alchemii to jednak dotacje rozdawał z umiarem. 

Batoremu również zadedykowano kilka dzieł, Leonard Thurneysser swoje dzieło o ziołach, a Hannibal Roselli księgę z komentarzem do dzieła Hermesa Trismegistosa. Zygmunt III Waza natomiast był zapalonym amatorem, przeprowadzał nawet własne eksperymenty w swojej pracowni na Wawelu. To za jego czasów na Ziemiach Polskich przyspieszył rozwój farmacji. Dzięki Olbrachtowi Łasce na dwór Batorego przybył doktor John Dee. Dee był uczonym i filozofem, jednak był znany ze swoich eksperymentów alchemicznych. Później gdy nawiedził go anioł Uriel stał się również medium. Jego pomocnikiem przez kilka lat był Edward Kelley. Warto jeszcze wspomnieć, że po wyjechaniu z Polski dotarli do Pragi. Praga okazała się pechowa do Kelleya, ponieważ wylądował we więzieniu. 

~Dominik

środa, 3 sierpnia 2016

FIKCYJNE RELIGIE #5

Brak komentarzy:
Z czym kojarzą się nam "Opowieści z Narnii"? Z czwórką dzielnych dzieci, które przez szafę przedostały się do magicznej krainy, czego niejeden czytelnik im zazdrościł? Z kochanymi, mówiącymi zwierzętami? Z bitwami i podróżami?
 
Być może religia to ostatnie, co człowiekowi przychodzi na myśl, gdy jest mowa o "Opowieściach z Narnii". Bo i gdzie niby tam jest bóg? Gdzie są jego wyznawcy i świątynie?
Cykl C. S. Lewisa nie zawiera dosłownego określenia, gdzie szukać religii. Ale... Co z Władcą-Zza-Morza? Być może najpotężniejsza postać ze wszystkich, jednak tajemnicza. Znajdująca się w odległej, nieznanej krainie. Będąca zagadką nawet dla pozostałych bohaterów.
 
Co jeszcze wiemy o Władcy-Zza-Morza? Jego synem jest Aslan. Ogromny, mądry, dobry i pełen magii lew. Jest nauczycielem, przyjacielem i pomocą. Gdy cała nadzieja wydaje się stracona, to właśnie on ratuje bohaterów. Nie żąda niczego w zamian - kieruje się wiedzą i dobrym sercem.
 
A teraz przypatrzmy się religiom z naszego świata. Codzienności dla części ludzi. Czemuś, co jest dla niektórych równie oczywiste i prawdziwe jak fakt, że Ziemia krąży dookoła Słońca.
 
Religia chrześcijańska. Mamy w niej Boga w trzech osobach: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jezus Chrystus narodził się na Ziemi, gdzie pomagał ludziom. Leczył ich, nauczał, a w ostateczności oddał życie, aby ich grzechy zostały odpuszczone. Niewinny, zniósł cierpienia. Został upokorzony, a następnie zabity.
Wróćmy do "Opowieści z Narnii". Cześć z Was najpierw zetknęła się z książką, część z filmem. "Lew, Czarownica i Biała Szafa": zamieńmy całą ludzkość na Edmunda, żołnierzy na przerażające stwory, Piłata (czy też grupę ludzi) na Białą Czarownicę, drogę krzyżową i śmierć na krzyżu na marsz, ból, golenie, wiązanie i wbicie ostrza na ołtarzu.
 
Można stwierdzić, że Aslan to odpowiednik Jezusa. Podobnie jak on, zmarł w zamian za odkupienie win. Ale śmierć nie była końcem. Aslan powrócił. I to niejednokrotnie. "Książę Kaspian"? Ogromny kopiec niczym świątynia, a tam artefakt: połamany kamienny ołtarz, na którym Aslan oddał życie. I wreszcie sam lew, przybywający, aby przywrócić pokój w Narnii.
 
Syn Władcy-Zza-Morza pojawiał się w każdej powieści z cyklu, aż wreszcie znalazł się w ostatniej części "Opowieści z Narnii". Właśnie wtedy, gdy cała nadzieja przepadła, gdy już nie było szans na ratunek, pojawił się on. "Otworzył" przejście do innego świata, gdzie spotkali się wszyscy bohaterowie. Wydarzenia z książki można porównać do Apokalipsy i wiecznego życia po śmierci.
 
Zmieńmy książkę, ale zostańmy przy religii z naszego świata. "Ja, diablica" to pierwszy tom trylogii o... Diablicy właśnie. I anielicy. I potępionej. Główna bohaterka nie może narzekać na brak przygód. Poznała dużo osób i ugrupowań, uczestniczyła w spiskach. Będąc przez pewien czas diablicą, musiała zamieszkać w Piekle. Trafiła do stolicy tej malowniczej, cieplutkiej niczym Grecja krainy - miasta o wymownej nazwie Los Diablos. I gdzie te ognie piekielne? Gdzie kociołki? Gdzie rogi, ogony i widły?!
 
Od początku widać, że w tym Piekle coś jest nie tak. Kluby, imprezy, bale, gorące plaże, panienki w skąpej bieliźnie... Osobista asystentka Lucyfera jest transwestytą zakochanym w innym diable... I gdzie jest Piekło w tym Piekle?!Nie ma. Jeśli chcecie spotkać satanistów i wziąć udział w czarnej mszy, musicie być na Ziemi. Musicie należeć do supertajnego, słynnego stowarzyszenia. A imię jego... Ruch Wyzwolenia Jąder.
Co się kojarzy z taką nazwą? Męska część ciała, nagość? Blisko. Do tego dodajmy oddawanie czci diabłu Azazelowi, który podszywa się pod Lucyfera. Poniżające stroje i orgie. Typowa sekta, czyż nie?
Nic bardziej mylnego. Ruch Wyzwolenia Jąder dąży do tego, aby wyzwolić jądra... Atomowe. Bomby jądrowe. 
 
~ Azrael

statystyka