piątek, 17 lutego 2017

Iluminaci

Brak komentarzy:
Dziś porozmawiamy o Iluminatach. Przedstawię w tym blogu jedynie fakty, choć gdzieniegdzie pojawią się teorie spiskowe, bo jednak bez nich trudno mówić o Iluminatach. Stowarzyszenie zostało założone w 1 V 1776 roku przez bawarskiego jezuitę Adama Weishaupta. Choć podobno prawdziwym inicjatorem był Dom Rotschildów. Byli oni jednymi z najbardziej wpływowych rodzin w Europie. Mayer Amschel Rotschild, założyciel rodu, był doradcą heskiego księcia Wilhelma IX. Rotschildowie w XIX wieku mieli mieć pod swoją kontrolą większość rynku finansowego w Anglii.
Wracając jednak do Iluminatów, swoją nazwę wzięli od łacińskiego 'iluminati' czyli 'oświecenie'. Struktura stowarzyszenia była podobna do organizacji Loży Masońskiej. Jako, że Weishaupt był jezuitą, to motto Iluminatów było takie samo jak hasło tego zakonu: „Rozum ponad namiętność” Ich celem było zastąpienie wiarę w Boga wiarą w Rozum. Miało to spowodować kres wszelkich wojen i sporów. Ludzie mieli stać się bardziej moralni i potrafić stanąć ponad podziałami religijnymi i politycznymi
 
Członkowie stowarzyszenia mieli wywodzić się z wysokich sfer społecznych, mieli to być ludzie wpływowi, wizjonerzy, uczeni, liberałowie. Każdy z członków dostawał klasyczne imię takie jak Caro, Spartacus czy Lucian. Członkowie dopiero gdy przeszli inicjację dowiadywali się, że są trybikami w maszynie teozoficzno-politycznej. W ciągu czterech lat Iluminaci mieli 60 insynuatorów czyli członków, którzy byli odpowiedzialni za werbowanie nowych ludzi, jednocześnie nie wyjawiając im prawdziwych celów stowarzyszenia. W roku 1786 Iluminaci mieli swoje loże w Europie, Afryce i Ameryce Północnej.
Aby udało się osiągnąć Utopię, o której marzyli Iluminaci nie wystarczą tylko odpowiednie środki finansowe. Potrzebne są też środki nacisku. Otóż każdy z członków Iluminatów miał za zadanie szpiegować i szpiegować ludzi, z którymi się spotykają i składać raport swoim zwierzchnikom. A że członkami stowarzyszenia byli ludzie z wyższych społecznych to i osoby, z którymi się spotykali pochodzili z tych stref. Ten aparat wywiadowczy miał być narzędziem do kontroli opinii społecznej oraz pomóc podporządkować sobie władców i polityków. Bo każdy wie, że dobry szantaż jest bardzo pomocny w tych rzeczach.
 
W roku 1777 Iluminaci nawiązali współpracę z bawarską Lożą Masońską. Jednak według teorii spiskowej Iluminaci przejęli władze nad tą lożą. Po paru latach tej współpracy oświeceni masoni byli obecni w kilku europejskich krajach. Współpraca między tymi dwoma stowarzyszeniami układała się dobrze do roku 1787. Wtedy to wypłynęły prawdziwe cele Iluminatów, a Masoni zerwali z nimi współpracę. Opinia publiczna nastawiła się przeciwko Iluminatom. Również w tym roku w Bawarii władze ustanowiły karę śmierci za bycie w tym stowarzyszeniu. Te zdarzenia zmusiły członków do zwiększonej konspiracji. Niedługo po tych wydarzeniach Weishaupt wrócił do Jezuitów i nawet napisał kilka tekstów przepraszających i potępiających jego dzieło.
 
Nie wiemy kiedy dokładnie rozpadło Stowarzyszenie Iluminatów. A może faktycznie nadal istnieją? Na zakończenie wyjaśnijmy sobie jeszcze kwestię Oka Opatrzności, które jest uznawane za najpopularniejszy symbol Iluminatów. Muszę was zmartwić, ponieważ ten symbol nie należy do Iluminatów. Jest on wykorzystywany przez Masonów. Choć może mieć tu na znaczeniu właśnie fakt, że Iluminaci i Masoni współpracowali (może nawet Ci pierwsi przejęli kontrolę nad tymi drugimi) ze sobą i często są utożsamiani przez to. I na tym ten blog się kończy.
~Dominik

Krampus i spółka

Brak komentarzy:
Niedługo przyjdzie do was Pan w czerwonym kubraku, zwany Mikołajem aby przynieść wam prezent, Jeśli byliście grzeczni to możecie spać spokojni, ale jeśli coś przeskrobaliście to możecie liczyć tylko na rózgę. Myślicie, że macie przerąbane? Nic bardziej mylnego inni mają gorzej. Przedstawiam wam Krampusa i Pachołka Ruprechta.
.
Co prawda kiedyś św. Mikołaj roznosił prezenty 6 grudnia ( w Niemczech, Austrii i kilku innych krajach 6 XII prezenty dostawali chłopcy, a 13 XII św. Łucja przynosiła prezenty dziewczęta). Mikołaj zajmował się grzecznymi dziećmi, a niegrzecznymi albo Krampus lub Knecht Ruprecht.
 
Postać Krampusa występuje w przekazach takich krajów jak Niemcy, Austria, północne Włochy, Słowenii i Chorwacji. Ten pan posiadał rogi i był odziany w owcze lub kozie skóry. Podobno jedną nogę miał normalną, a natomiast zamiast drugiej ma kopyto. Porywał niegrzeczne dzieci i wynosił je we wielkim koszu. Podobno czasami nawet je zjadał, ale najczęściej kończy się chłostą.
Tradycja przebierania się za Krampusa nadal jest żywa w Niemczech. Młodzi chłopcy przebierają się za niego 5 grudnia. Latają po mieście i za pomocą brzęczeniem łańcuchów i dzwonkami straszą dzieci i młode kobiety. Na terenach wiejskich chłopcy nie omieszkają wychłostać za pomocą rózg dziewczyn.
Pachołek Ruprecht (po niemiecku Knecht Rupert) nie towarzyszy Mikołajowi tylko jest towarzyszem Dzieciątka Jezus. 6 grudnia w protestantyzmie to właśnie Dzieciątko roznosi prezenty. A karę wymierza właśnie Ruprecht. Tą karą jest dostanie rózgą po rzyci. Nawet jest taki utwór Theodora Stormsa
 
„-Czy masz przy sobie także rózgę?- pyta dzieciątko
-Tak, rózga tu jest, ale tylko dla niegrzecznych dzieci, które dostaną nią we właściwe miejsce-odpowiada pachołek”. Knecht Ruprecht ma odpowiedniki w różnych krajach. W Niemczech to oczywiście Knecht Ruprecht, w Holandii Zwarte Piet (Czarny Piotruś), a we Francji to Père Fouettard (Chłoszczący Ojciec).
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia redakcja życzy żeby ani Kampus ani Knecht Ruprecht was nie odwiedził. Wesołych Świąt
 
 
~Dominik

poniedziałek, 13 lutego 2017

“Skaza” - recenzja

Brak komentarzy:
Tytuł: „Skaza”
Autor: Cecelia Ahern
Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Akurat 
 
„Ukarana przez bezduszny Trybunał, 17-letnia Celestine, zostaje ikoną rewolucji zmierzającej do obalenia rządów ludzi, którym się wydaje, że mają prawo narzucać społeczeństwu swoje moralne i obyczajowe dogmaty. Choć napiętnowana Skazą, podejmuje walkę o powrót jej świata do normalności.” 
 
Fabuła 10/10 
 
Autorka w tej książce wprowadza nas w alternatywny świat. Świat, w którym każe się również za charakter. Karą za złe decyzje jest wypalanie tzw. skazy na jednym z pięciu miejsc na ciele. Dosłowne wypalanie jak to dawniej miało miejsce w przypadku bydła. Na pierwszy ogień poszły osoby, które dzierżyły władzę i podjęły złe decyzje doprowadzając do upadku kraju. Takie osoby nazywane są Naznaczonymi i stanowią niemalże brakujące ogniwo w teorii Darwina. Takie osobniki nie mają prawa ukrywać Skaz na ciele, mają obowiązek nosić czerwoną opaskę na ramieniu, nie mogą zajmować wysokich stanowisk, mają wyznaczone miejsca w komunikacji miejskiej, kolejki do kasy, dietę, a nawet godzinę policyjną. Nie mówiąc już o tym, że tylko dwie osoby Naznaczone mogą przebywać obok siebie. W innym wypadku łamią prawo. Każda Naznaczona osoba ma przydzielonego demaskatora przez Trybunał, który stoi na straży przestrzegania tego prawa. W takim właśnie świecie wychowała się tytułowa Celestine. Młoda dziewczyna, która przez wszystkich uważana jest za ideał – obowiązkowa córka, wzorowa uczennica, oddana dziewczyna. Cała historia zaczyna się w chwili, w której Celestine staje się świadkiem zabrania przez demaskatorów swojej sąsiadki – nauczycielki gry na fortepianie. 
 
Bohaterowie 10/10
Mamy tutaj cały przekrój charakterów: Celestine – młoda, odważna, logicznie myśląca młoda kobieta, jej chłopak Art – syn głównego sędziego Trybunału, który jest oddany swojej dziewczynie, ale w kryzysowej sytuacji nie podejmuje właściwej decyzji. Następnie Juniper, siostra Celestine, nieustannie wyrażająca swoje zdanie, niekoniecznie dobrze postrzegane w tym świecie, poprzez Summer – matkę trójki wyjątkowych dzieci – co ciekawe, wziętej modelki, która uważa, że „jak cię widzą, tak cię piszą”, czyli wszystko ma być idealnie. Nie mogło oczywiście zabraknąć głównego „czarnego charakteru”. W jego rolę wcielił się ojciec Arta – Bosco Crevan. Człowiek, który nigdy nie powinien osiągnąć takiego stanowiska. Zepsuty do szpiku kości, obawiający się jedynie utraty stanowiska, wpływów, a śmie oceniać innych. To właśnie za jego sprawą i tego, że sam łamie zasady Trybunału, na którego czele sam stoi, daje się porwać nienawiści i wypala szósty znak na ciele Celestine. Nie mówiąc już o tajemniczym Carricku, o którym nie wiadomo co myśleć… 
 
Styl 10/10
Czyta się z zapartym tchem. Dialogi i opisy są bardzo dobrze wyważone i dzięki temu czytelnik czuje się tak, jakby sam żył w takim świecie. Jakby sam cierpiał męki naznaczenia. Dzięki głębokim przemyśleniom Celestine otwierają się oczy na znacznie więcej. Tak przynajmniej było w moim przypadku. 
 
Ocena końcowa 10/10
Książka zdecydowanie warta polecenia każdemu, kto chce spojrzeć na świat z szerszej perspektywy. Myślę, że znajdzie ona swoich fanów nie tylko w żeńskiej części społeczności czytelniczej. Co prawda barwne opisy autorki (zwłaszcza sceny naznaczeń) mogą nie nadawać się dla czytelników o słabszych nerwach, ale był to niezbędny zabieg, aby wczuć się i zrozumieć fabułę oraz głębsze przesłanie tejże książki. 
 
Bardzo dziękuję Business & Culture oraz wydawnictwu Akurat za możliwość przeczytania tej wyjątkowej książki.
 
- Frey

niedziela, 12 lutego 2017

“Shadow” - recenzja

Brak komentarzy:
Tytuł: „Shadow”
Autor: Sylvain Reynard
Seria: „Raven”
Ilość stron: 398
Wydawnictwo: Akurat 
 
“Mroczny cień padł na Florencję. Inspektor Batelli nie spocznie, zanim nie udowodni Raven udziału w kradzieży bezcennych dzieł sztuki z galerii Ufizzi, ale to nie jedyny problem, z którym musi sobie poradzić dziewczyna. Oto powrócił książę wampirów, grożąc straszliwą zemstą wszystkim, którzy wyrządzili jej krzywdę. Dziewczyna staje przed trudnym wyborem: sprzysiąc się z siłami ciemności, czy odważnie stawić im czoło, odtrącając bezwzględnego, głodnego krwi adoratora? Cokolwiek postanowi, nie zdoła uwolnić się od burzliwej przeszłości, która i tak może się okazać zaledwie niewinnym wstępem do krwawej, mrocznej, pulsującej namiętnością przyszłości.” 
 
Fabuła 10/10
Wydawać by się mogło, że poza niebezpieczeństwami ze strony dzikich wampirów i innych księstw nic dramatycznego nie może się wydarzyć. Należałam do tego grona czytelników, ale bardzo się myliłam. Dzieje się i to dużo. Czasami nawet za dużo. William w swojej miłości do Raven sprawia jej, z braku lepszego słowa powiem „wyjątkowy” prezent urodzinowy, który wywołuje u niej gargantuiczny szok. Jakby tego było mało to we Florencji pojawia się owa Kuria, która obserwuje poczynania wampirów na całym świecie. A jednym z jej członków jest ktoś bardzo dobrze znany Raven, kogo ciężko było podejrzewać o takie powiązania. Wisienką na torcie jest oczywiście bunt wśród wampirów Consillium, który doprowadził do dwukrotnego obalenia Williama. A zatem na nudę nie można narzekać, bo przyjaciele stają się wrogami, a wrogowie przyjaciółmi. 
 
Bohaterowie 9/10
Poza bohaterami, których dobrze znamy, czyli Raven, Williamem, Aoibhe autor (bądź autorka) wprowadza do tego mrocznego świata również siostrę Raven, a także ojca Kavanaugh, który sprawował pieczę nad dziewczętami po pewnych tragicznych wydarzeniach z ich dzieciństwa. Ale jego obecna rola w ich życiu zmienia się diametralnie. Aczkolwiek po głębszym namyśle zadaję sobie pytanie, czy aby na pewno dobrze poznaliśmy mrocznego i skrytego Williama? Przecież w dalszym ciągu skrywa on w sobie mnóstwo tajemnic, które tylko czekają na odkrycie… 
 
Styl 10/10
Nadal czyta się lekko i przyjemnie pomimo tego, co się dzieje na kartach książki. A dzieje się dużo, ale autor (bądź autorka) nie przesadza z opisami, dialogi są dobrze wyważone, a przemyślenia bohaterów znakomicie komponują się w jedną, solidną całość. 
 
Ocena końcowa 10/10
Książka zdecydowanie warta polecenia fanom (a raczej fankom) twórczości Sylvain Reynard. Czyta się ją jednym tchem, sceny erotyczne nie są przesadzone, a ładnie wkomponowują się w całość i oddają uczucia, które kierują bohaterami. Pomimo „lekkiego klimatu” jakim jest miłość między wampirem, a człowiekiem, to w tej książce można się dopatrzeć głębszego przekazu. Mam na myśli to, że nie każdy człowiek, którego zna się od lat (czy też wieków jak ma to miejsce w przypadku wampirów) jest naszym przyjacielem, czy też sojusznikiem. Każdy może wbić nóż w plecy i nie mrugnąć przy tym okiem, jeśli taka sytuacja będzie dla niego korzystna w przyszłości. Warto to przemyśleć.
Bardzo dziękuję Business & Culture oraz wydawnictwu Akurat za możliwość przeczytania książki.
 
- Frey

sobota, 21 stycznia 2017

Königsberg - recenzja

Brak komentarzy:
Autor: Michał Gołkowski
 Tytuł: Königsberg 
 
Michał Gołkowski ma bardzo wielu fanów, choć ja dowiedziałem się o jego istnieniu całkiem niedawno, bo wtedy, gdy wydał Komornika. Königsberg nie był książką, na którą w jakikolwiek sposób czekałem, dostała się w moje ręce raczej z inicjatywy Fabryki Słów niż mojej własnej. To nawet dobrze, gdy się dostaje książkę, o której nie ma się zielonego pojęcia, to można ją ocenić znacznie obiektywniej niż zazwyczaj. Początkowy brak nastawienia, emocji, ani niecierpliwości związanej z czekaniem na następną pozycję od ulubionego autora rzuca się olbrzymim cieniem na dalszą opinię. Gdybym czekał na tę książkę, to zapewne by mi się nie podobała, i to byłoby jedyne, co chciałbym powiedzieć, lecz na szczęście na nią nie czekałem i dzięki temu potrafię lepiej się przyjrzeć lekturze i to, iż nie zawsze czytanie jej sprawiało mu przyjemność, jest uwarunkowane raczej w gatunku, niż tym, że Königsberg jest zły. 
 
Wręcz przeciwnie, książka może uchodzić za całkiem dobrą, choć, oczywieście, nie dla wszystkich. Sam czytuję głównie fantasy, dlatego mam małe doświadczenie z innymi gatunkami, zwłaszcza tymi silnie powiązanymi z historią, która także nie należy do ścisłych dziedzin mojego zainteresowania. Z tego powodu trudno mi docenić akcję osadzoną w roku 1917 w Königsbergu. Mimo czasów pierwszej wojny światowej, nie będzie nam tu dane zaznać walk na froncie, oblężeń, czy jakichkolwiek scen batalistycznych. Fabuła oscyluje raczej wokół tematyki szpiegowskiej, która w pierwszej połowie powieści, która wcale nie jest taka krótka, bo ma niemalże sześćset stron, jest praktycznie nieodczuwalna, a życie miejskie i poczynania oficerów, wysuwające się na pierwszy plan, nie wydają się zbyt interesujące. Później robi się ciekawie, jest nawet jeden pościg, którego nie powstydziłoby się hollywoodzkie kino akcji, aczkolwiek całość jest raczej skupiona na psychologii, spiskach, swego rodzaju polityce i intrygach, które zaplatają się wokół głównego bohatera. 
 
Postacie w większości mnie nie urzekły. Nie to, że są źle skonstruowane bądź pozbawione charakteru, jednowymiarowe. Większość bohaterów to naprawdę ludzie z krwi i kości, którym nie brakuje wad, zalet, motywacji, uczuć i rozterek, po prostu mnie nie zaciekawili. No, może z jednym wyjątkiem. Chodzi mi o profesora Nemmersdorfa. Nie samo to, iż jest naukowcem, sprawia, że z wielkim zainteresowaniem czyta się każdą jego wypowiedź, ale także jego cynizm, arogancja i nietypowe poglądy. Nemmersdorf nieustannie próbuje wyzbyć się emocji i patrzeć na każdą sprawę obiektywnie. Może i jego poglądy obdzierają świat z wszelkiej magii, sprowadzając na niego chłód bezwzględnej inteligencji, ale właśnie to czyni z niego tak interesującą postać. 
 
Stylistycznie książka stoi na bardzo wysokim poziomie. Opisy są obrazowe, dialogi ciekawe, no i nic nie daje wrażenia, że bohaterowie to podróżnicy w czasie, którzy znajdują się w przeszłości, ale zachowują jak ludzie kompletnie współczesni. Pod tym kątem książce nie mam nic do zarzucenia, bo na przykład książek Angusa Watsona praktycznie nie dawałem rady czytać właśnie z tego powodu. Wracając do Königsberga trzeba powiedzieć, że w tekście nie brak zwrotów w języku niemieckim. Rzeczowniki typu pan/pani występują niemalże tylko w wersji niemieckiej, przynajmniej, jeśli chodzi o dialogi, do tego dochodzą szarże wojskowe oraz też kilka innych wyjątków. Ja akurat nie darzę zbytnią miłością języka niemieckiego i samo zapamiętanie nazwisk bohaterów zajęło mi chyba z pół książki, bym się między nimi nie mylił, a tego typu wstawki jeszcze mniej mi się podobają, lecz na pewno komuś przypadną do gustu, dlatego właśnie tu o nich wspominam. 
 
Podsumowując, Königsberg to książka skierowana raczej do fanów historii, niż fantastów, ale pomimo akcji w trakcie pierwszej wojny światowej należy się raczej spodziewać pojedynku szpiegów niż walk zbrojnych. Pod względem technicznym książka stoi na bardzo wysokim poziomie, zwłaszcza, jeśli chodzi o kreację rzeczywistych bohaterów i styl tekstu. Mi niestety ta pozycja niezbyt przypadła do gustu, ale zrobiłem, co w mojej mocy, by odnaleźć w niej co ciekawsze elementy i Wam o nich opowiedzieć, w nadziei, że zdołam Was zainteresować. Königsberg oceniam obiektywnie na mocne 7/10, natomiast jeśliby szło o moją subiektywną opinię, to ocena wahałaby się pomiędzy 5 a 6. 
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.


sobota, 7 stycznia 2017

Recenzja - “Władczyni Mroku” K. C. Hiddenstorm

Brak komentarzy:
Otrzymawszy „Władczynię Mroku”, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie słyszałam ani jej tytułu, ani nazwiska autorki. Opis brzmiał intrygująco, okładka bardzo mi się spodobała, więc... Czemu by po książkę nie sięgnąć?
Widać, że autorka miała pomysł. Fakt, w ostatnich latach pojawiło się sporo utworów o diabłach, aniołach, demonach, w końcu Edward i Stefano zostali zastąpieni przez Lucyfera i Gabriela. Mimo to, książka miała potencjał. Początkowo była nudna – nieinteresujący, przesadnie mroczny prolog, najwyraźniej mający wzbudzić w czytelniku zaintrygowanie. Niestety zamiast czuć zaciekawienie, można odczuć wręcz zażenowanie stereotypową „mroczną” dziewczynką.
 
Później robi się znacznie ciekawiej. Autorka przedstawia nam zarys intrygi. Poznajemy być może najciekawszą postać z całej książki, Lilith. W odróżnieniu od Megan, Lilith wręcz pchała fabułę do przodu. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron Władczyni Mroku była zdecydowanie najciekawsza. Jej czyny, uczucia, relacje z innymi bohaterami sprawiały, że mogłam dalej czytać. Nie mogę tego samego powiedzieć o Megan. Fragmenty książki, w których poznajemy jej perypetie, są niewiarygodnie nudne. Co chwilę otrzymujemy kolejne wspomnienia niemające dla fabuły żadnego znaczenia. Podejrzewam, że gdyby pominąć te momenty, kiedy bohaterka opisuje swoją nieprzyjemną przeszłość, książka byłaby znacznie bardziej zjadliwa.
 
Bohaterowie, nie licząc Lilith, także nie zachwycają. Większość jest absolutnie stereotypowa, nudna i przewidywalna. Od tego ostatniego wyjątek stanowi Megan. Spodziewałam się, że ta postać będzie młodziutką dziewczyną po szkole średniej, co mogłoby tłumaczyć jej nieodpowiedzialne, głupie zachowanie. Niestety Megan była już dorosłą, jednak bardzo niedojrzałą kobietą. Lubię, kiedy bohaterowie mają wady, dzięki temu są bardziej realni, a ja mogę się z nimi bez problemu utożsamić. Tutaj jednak postaci... nie mają pozytywnych cech. Wielu po prostu irytuje i męczy.
Na szczęście pozostaje Lilith. Władczyni Mroku wyraźnie się wyróżniała na tle innych bohaterów. Miała złożoną osobowość. Najpierw przedstawiona jako wyrafinowana, wręcz rozwiązła kobieta, pozbawiona skrupułów i uczuć, będąca w stanie bez najmniejszych problemów zabić przypadkową osobę, później pokazuje swoją drugą naturę. Potrafi być namiętna, bez problemu przedstawia swoje emocje.
 
Podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorka napisała tekst, zaniosła go do drukarni i na „własną rękę” go wydrukowała. Podejrzewam, że gdyby ktoś jej pomagał i doradzał, książka byłaby znacznie lepsza. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że „Władczyni Mroku” ani przez sekundę nie miała do czynienia z redakcją. Początkowo zaznaczałam niektóre „smaczki”, jednak szybko się poddałam. Między innymi dlatego:
 
„- Nie boisz się zostawiać jej tam samej, skarbie? A co, jeśli przypadkiem wezwie prawdziwego Księcia Ciemności lub postanowi złoży
 
kota sąsiadów w ofierze? Co wtedy? Zapisałaś sobie numer do jakiegoś okolicznego egzorcysty? - zadrwił, gdy przekraczali próg kuchni.”
 
~ „Władczyni Mroku” K.C. Hiddenstorm. Pisownia oryginalna.
Z bólem wspominam także o takim sposobie zapisania wyrazów: „nie ważne” oraz „powiedział by”. 
 
„Władczyni Mroku” bardzo przypomina niedokończony produkt. Nie chcę się rozpisywać o rodzaju papieru, fontach czy ilustracji. Sam tekst zawiera niedociągnięcia. Błędy rażą, bohaterowie w większości przypadków irytują, fabuła momentami jest ciekawa, momentami męcząca. Moim zdaniem zdecydowanie nie warto wydawać na ten tytuł 59 zł. Nie mogę polecić tej książki. Chciałabym. Zawsze staram się znaleźć w lekturze jakieś pozytywy, jednak w tej... nie ma żadnych. Mam nadzieję, że kiedyś autorka wróci do tej historii, dopracuje ją i ponownie wyda, tym razem lepszą.
 
Ocena: 3/10
 
~ Azrael

statystyka