poniedziałek, 28 listopada 2016

Brak komentarzy:
Tytuł: Łowca z Lasu 
Autor: Andriej Lewicki 
Wydawnictwo: Fabryka Słów


 S.T.A.L.K.E.R. był, Przygranicze było, pora wziąć się za Survarium. Jest to kolejny cykl z Fabrycznej Zony. „Łowca z Lasu” chodził za mną od dawna. Kusił mnie opis groźnego świata, pełnego mutantów, niebezpiecznych ludzi i ciągłego ryzyka. Prawdę mówiąc, byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że książka będzie... Aż tak dobra. Powieść rozpoczyna się spokojnie. Najpierw mamy cytat, następnie rozdział pierwszy i refleksję głównego bohatera. Już po niej możemy domyślać się, z jakim człowiekiem będziemy mieć do czynienia – opanowanym, dojrzałym, doświadczonym mężczyzną. Zanim jednak zdołamy poznać tę postać, otrzymujemy spotkanie z dzikiem mutantem. Już na pierwszej stronie autor umieszcza zmutowane zwierzę, pamiętając o jego dokładnym opisie. Andriej Lewicki zadbał o to, aby przedstawić nam swój świat w sposób ciekawy i szczegółowy. Nie nudzimy się, czytając opisy kolejnych stworów bądź przedmiotów. Autor nie zapomina o niczym – wiemy, jak wyglądają zmutowane zwierzęta, jak się zachowują. Bohaterowie są dokładnie przedstawiani. Każdy ma więcej niż jedną-dwie cechy. Niektórzy są tak prawdziwi, bez problemu możemy się z nimi utożsamić. 

Dodatkowym atutem jest przedstawienie relacji między poszczególnymi osobami. Na samym początku książki autor ukazuje, kim dla głównego bohatera, Stasa, jest jego przyjaciel – i nie używa do tego wyłącznie słowa „przyjaciel”, a dokładnie wyjaśnia, kim dla siebie mężczyźni są. Rzadko w książkach zdarza się, aby autor aż tyle uwagi poświęcił każdemu detalowi. Jednak po takim rozpieszczeniu czytelnika szczegółami pisarz popełnił to, co wielu innych w powieściach przeznaczonych raczej dla mężczyzn: pominął płeć piękną. O ile przywykłam, że w literaturze science fiction kobiety są postaciami płytkimi, często pozbawionymi jakichkolwiek osobowości, to w wypadku „Łowcy z Lasu” widać dokładną różnicę w sposobie przedstawiania postaci. Mężczyźni są dokładnie opisywani, a kobiety mają jedną, góra dwie cechy. Nie miałabym najmniejszego problemu ze skąpym ukazaniem płci pięknej – to nic nowego w literaturze – jednak zasmucił mnie fakt, że autor nie poświęcił im choć trochę uwagi. Prawdopodobnie gdyby nie szczegółowe przedstawienie mężczyzn, nawet nie zauważyłabym tej płytkości kobiet. Wielka szkoda, że autor nie dopieścił także żeńskich postaci, jednak cieszę się, że poza tym jednym wyjątkiem nieustannie pilnował każdego detalu. Fabularnie książka przedstawia się bardzo dobrze, choć pojawiło się parę niedociągnięć. Mamy bardzo dużo akcji, mamy bogate sceny walki. Autor sprawnie przemieszał opisy przedmiotów, postaci i wydarzeń. 

Nie mamy fragmentów, w których nagle znika cała dynamika, pozostawiając czytelnika z mocno bijącym sercem i spokojnym opisem postaci. Lewicki perfekcyjnie zachował równowagę. Oczywiście pojawiają się nagłe zwroty akcji. Czasami podczas przewracania kartki na następną stronę człowiek może odnieść wrażenie, że przeskoczył o rozdział do przodu. Czytelnik dzięki temu jest czujny, nie może nudzić się podczas lektury. Andriej Lewicki zadbał o to, aby nie tracić naszej uwagi. Jednak książka to nie tylko tekst, na pewno nie w wypadku Fabrycznej Zony. Podobnie jak inne książki z serii, „Łowca z Lasu” zawiera ilustracje. I to ile! Co ok. 30 stron otrzymujemy kolejną. Żadna z nich nie zdradza za wiele z fabuły, raczej pomaga wgłębić się, wczuć w świat Stasa. Są mroczne, kojarzące się z samotnością. 

Pokazują potęgę Lasu. Inna sprawa z okładką. Ilustracja na niej jest przepiękna, wspaniała, jednak nie oddaje w pełni klimatu książki. Jest bardziej niewinna i pogodna. Mimo to wręcz ją uwielbiam i ciężko mi znieść wciśnięcie przed nią jakichkolwiek tekstów (w tym wypadku napisy „edycja limitowana” oraz „książka z kodem do gry[...]”). Podobnie jak S.T.AL.K.E.R., Survarium to uniwersum pełne dzikości. Mamy przerażający, niebezpieczny świat. Czytając jednak „Łowcę z Lasu”, odniosłam wrażenie, że S.T.A.L.K.E.R. to przy Survarium przedszkole. Jestem ogromną fanką tego pierwszego uniwersum, i choć widzę mnóstwo podobieństw między jednym a drugim, to drugie – przynajmniej u Andrieja Lewickiego – prezentuje się znacznie bardziej nieokiełznanie. Jest szalone, dzikie i wręcz niezbadane. Bardzo żałuję, że w Polsce na razie książkowe Survarium jest znacznie mniejsze od S.T.AL.K.ER.a. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Andriej Lewicki stworzył fascynujący świat, który bardzo chętnie bym ponownie odwiedziła. Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że Andriej Lewicki godzinami dopieszczał książkę, chcąc dać czytelnikom jak najlepszy produkt – i to mu się udało. Nieważne, czy jesteście fanami S.T.A.L.K.E.R.a, czy nie, możecie śmiało sięgnąć po tę książkę. Wejdźcie do Lasu i go poznajcie. Ocena: 9/10 Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów 

~ Azrael

poniedziałek, 21 listopada 2016

“Tam gdzie ciepło” - recenzja

Brak komentarzy:

"TAM GDZIE CIEPŁO" 
Paweł Kornew - recenzja
 
 
Swoją przygodę z Fabryczną Zoną zaczęłam od S.T.A.L.K.E.R.a. Początkowo nie interesowałam się książkami z żółtymi, zielonymi oraz niebieskimi trójkątami. Niedawno otrzymałam powieść „Tam gdzie ciepło”. Tytuł brzmiał zachęcająco, okładka kusiła, ze słów znajomych wynikało, że książka to taki S.T.A.L.K.E.R. plus czary. Porównanie dość dziwne, jednak intrygujące i całkiem pasujące. Otwierając powieść, otrzymujemy zgrabne wprowadzenie. Poznajemy, czym jest Przygranicze, dowiadujemy się, jak wygląda. Z każdym zdaniem narasta napięcie. Możemy przygotować się do tego, co nas czeka – jak się można bez trudu domyślić, autor nie szykuje nam lekkiej historyjki i nie zamierza oszczędzać głównego bohatera. „Tam gdzie ciepło” jest kontynuacją „Lodowej cytadeli”. Moja wina – nie sprawdziłam tego wcześniej. Nie wiedziałam, co się działo w starszej książce, zabierając się za nową. Szybko to odkryłam - „Tam gdzie ciepło” rozpoczyna się gwałtownie. Chociaż nie otrzymujemy na wstępie pościgu i wybuchów, na pierwszej mamy wrażenie, że trafiliśmy w środek przerwanej wcześniej historii (chociaż, jak się dowiadujemy, od wydarzeń z „Lodowej cytadeli” minęło trochę czasu). Pierwszy rozdział pokazuje nam, z kim mamy do czynienia. Główny bohater, Jewgienij Maksymowicz Apostoł, to biznesmen. Przez pewien czas pomyślnie prowadził interesy. Jak się jednak okazuje, mężczyzna nie jest zwykłym przedsiębiorcą. Poza smykałką do biznesu, posiada także specjalną moc. Brzmi ciekawie, czyż nie? Apostoł jest jasnowidzem. Ze względu na wydarzenia z poprzedniego tomu, nie może swobodnie korzystać ze swojego daru – znajduje się bowiem w celi, w której korzystanie z mocy nie jest możliwe. Sprawia to, że mężczyzna jest niemal zupełnie bezbronny. Jak się jednak okazuje, przedsiębiorca specjalnie trafił do celi. Znajdował się w zamknięciu z własnej woli, gdyż tylko tam jego życie nie było zagrożone. Jednak mieszkanie w czterech ścianach i brak kontaktu z innymi ludźmi dają się we znaki, dlatego Apostoł szybko przystaje na propozycję otrzymaną przez ojca Dominika. Pierwsze 60 stron stanowi wprowadzenie do akcji. Poznajemy bohaterów i ich plany. Dowiadujemy się, jaka będzie misja Apostoła. Mężczyzna, nie mając większego wyboru, zgadza się wyruszyć do Siewieroreczeńska – ma tam zacząć nowe życie. Doświadczony przedsiębiorca wyrusza w podróż do dalekiego miejsca, gdzie ma być bezpieczny – a przynajmniej mniej zagrożony niż dotychczas. Akcja rozpędza się. Autor sprawnie miesza czytelnikom sceny spokojniejsze i bardziej dynamiczne. Nie możemy być pewni, co nas czeka. W jednej chwili główny bohater celebruje swoje święto, w drugiej zmierza do tajemniczego miejsca, nie wiedząc, kto ani co go czeka. Nawet zwykła podróż z punktu A do punktu B może zahaczyć o otarcie się o śmierć. Bohaterowie nie są stereotypowi. Apostoł nie jest grzecznym chłopem, wręcz przeciwnie. Jako narrator często dodaje komentarze od siebie. Bywa złośliwy, cyniczny, czasami wydaje się bezduszny, jednak dzięki temu bohater jest bardziej rzeczywisty, a czytelnikom łatwiej jest go zrozumieć – Apostoł staje się człowiekiem z krwi i kości, a nie płytką, bezbarwną postacią. Jego towarzysze potrafili niejednokrotnie mnie zaskoczyć – szczególnie w pamięć zapada Denis. Jedyne, co mi nie pasowało, to dialogi. Było ich bardzo dużo, miejscami znacznie więcej niż opisów. I choć zazwyczaj rozmowy między postaciami są świetną formą subtelnego przekazania czytelnikom istotnych informacji, w wypadku tej książki wielokrotnie konwersacje były przedłużeniami. Być może nie zwróciłabym na to takiej uwagi, gdyby nie to, że dialogi dość często brzmiały wręcz nienaturalnie. O ile parę razy pojawiły się interesujące potyczki słowne, to w większości przypadków można było niemal przysnąć podczas lektury. Pomimo przeciąganych momentów, książka jest bardzo dobra. Autor ją dopracował i dopieścił, dając nam świetny produkt. Choć książka ma niemal 600 stron, a niektóre z nich mogły znużyć czytelnika, to przez większość rozgrywa się interesująca, dynamiczna, wciągająca akcja. Książkę czytałam w formie egzemplarza recenzenckiego, dlatego nie wiem, jak prezentuje się ostateczna wersja, którą możecie otrzymać w księgarniach. W odróżnieniu od pozostałych książek z Fabrycznej Zony, nie zawiera ilustracji (być może są one w finalnej wersji). Mimo to nawet mój egzemplarz posiada przepiękną, klimatyczną okładkę. Wystarczy jeden rzut oka na książkę, aby mieć pewność, że to nie jest ciepła lektura, a kolejna brutalna powieść z Fabrycznej Zony. Po przeczytaniu jej sądzę, że niebieski trójkąt na okładce to obietnica wspaniałej zabawy. Nie mogę jednak tej książki polecić każdemu – moim zdaniem lepiej jest zacząć od „Lodowej cytadeli”. Kontynuacja, chociaż bardzo dobra, może nie zostać tak dobrze odebrana przez czytelnika, który wcześniej w ogóle nie miał do czynienia ze światem wykreowanym przez Pawła Kornewa. Gdy już jednak „Lodową cytadelę” przeczytacie – wtedy śmiało sięgnijcie po „Tam gdzie ciepło” :)
 
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów. 
 
~ Azrael

wtorek, 15 listopada 2016

“Wedle Zasług” - recenzja

Brak komentarzy:
Tytuł: Wedle Zasług 
Autor: Sławomir Nieściur 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
 
RECENZJA AZRAEL: 
Niedawno seria S.T.A.L.K.E.R. powiększyła się o kolejny, dziewiąty już, tytuł. Zaledwie parę dni temu premierę miała powieść „Wedle zasług”. Książka jest debiutem Sławomira Nieściura. Autor stanął na wysokości zadania. Stworzył i opisał świetną historię. Mamy w niej wszystko, za co kochamy S.T.A.L.K.E.R.a. Mamy misje, mamy intrygujących bohaterów, mamy zgraję mutantów i emisje... Ale po kolei.Akcja rozpoczyna się w 2006 roku. Otrzymujemy niewinny jak na Strefę wstęp: polowanie. Bohaterowie, Jusupow i Rybin, są łowcami. Zajmują się eliminowaniem niebezpiecznych stworzeń, takich jak szary czarnobylski. Czasem jednak role się mogą odwrócić.W wyniku eksperymentu myśliwi stają się zwierzyną. Zona zmienia się w zupełnie inne, znacznie groźniejsze, miejsce. Anomalie pojawiają się na każdym kroku, większość ludzi zmienia się w krwiożercze bestie... Jusupow i Rybin znajdują się w niebezpieczeństwie, jednak zagrożenia nie stanowią wyłącznie twory Strefy, ale też inni ludzie.Podczas gdy łowcy walczą o przetrwanie w Strefie, ich tropem rusza inny myśliwy – Mietkin. To właśnie on odpowiada za sytuację Jusupowa i Rybina.Nie ma głównej postaci – każdy w podobnym stopniu wnosi do książki coś od siebie. Czytelnik śledzi losy wielu osób jednocześnie – tajemniczego Waruchina, Mietkina i jego towarzyszy oraz Rybina i Jusupowa. Bohaterowie są różnorodni. Każdy ma inny charakter i inny cel. Nie zawsze wiemy, czego się spodziewać. Dla osób znających Fabryczną Zonę dodatkowym smaczkiem będzie stworzony przez Bartka Biedrzyckiego stalker Bożokorow.Przez książkę przewija się mnóstwo postaci, które w większym lub mniejszym stopniu mają wpływ na rozwój wydarzeń, dzięki czemu akcja stale pędzi. Powieść wciąga czytelnika i go nie wypuszcza aż do ostatniej linijki. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że jest się tuż obok bohaterów – wraz z nimi przemierza się bagna, poluje na pseudogiganta bądź ucieka przed emisją. Autor zadbał o to, aby w powieści nie zabrakło opisów, dlatego całkiem łatwo jest przenieść się do wnętrza książki. Nawet osoba, która nie zna serii, łatwo się wczuje w klimat Zony.Wystarczy przewrócić stronę, aby znaleźć się zupełnie innym miejscu, z zupełnie innymi postaciami i zupełnie innym problemem na głowie. Momentami czytelnik może się pogubić. Podczas czytania należy zachować czujność. Książka nakłania do myślenia, a bez tego można łatwo wpaść w anomalię zwaną „nieogarnięciem”.Sceny polowań i wędrówek po Strefie są obfite w grozę. Wrażliwe osoby mogą słabo przeżywać opisy walki i ran zadawanych przez mutanty. Autor nie oszczędza słów, przedstawiając zabójcze zdolności pijawek i innych bestii. Jak to w Zonie bywa, trup ściele się gęsto. Bohaterowie nie są niezniszczalnymi herosami, którzy zmieniają świat na lepsze. Mają swoje cele i słabości, a dzięki nim otrzymujemy nie tylko wartką akcję, ale też elementy komizmu. Specyficzny humor jest widoczny w kilku momentach. Między innymi dzięki niemu czytelnik może bez problemu wczuć się w klimat Strefy.Powieść bardzo polecam zwłaszcza fanom serii. Osoby, które wcześniej nie miały ze S.T.A.L.K.E.R.em do czynienia, mogą mieć problem ze zrozumieniem świata, jednak nawet to mogą ominąć dzięki wyjaśnieniom autora.Dodatkowym smaczkiem będą ilustracje Pawła Zaręby. Artysta doskonale oddał klimat powieści, tworząc rysunki niektórych scen. Nadruki są świetnej jakości. Jasne na tyle, aby były widoczne szczegóły, a jednocześnie ciemne i mroczne. Z zewnątrz powieść również prezentuje się wspaniale – grafiki piękne, kolory intensywne, napisy równe. Nic, tylko przeczytać i dodać na półkę kolejną książkę z pomarańczowym trójkątem.
-----------------
 
 
RECENZJA GUMIGUTY: 
„Wedle zasług” Sławomira Nieściura nie jest moim pierwszym spotkaniem ze stalkerskim uniwersum. Za dzieciaka grało się ukradkiem w grę, napieprzało mutanty, gdy rodzice nie patrzyli. Kilka lat później przyszedł czas na książki Noczkina, który (na szczęście nie dosłownie) wprowadził mnie w Zonę. Jednak „Wedle zasług” to pierwszy tytuł spod pióra rodzimego autora, po który sięgnęłam. Powieść można porównać do dobrego, wysłużonego kałacha i półlitrowej wódki Kozak. Mówiąc krótko, jest moc.Zaczyna się niewinnie, jak na Zonę. Dwóch myśliwych, Jusupow i Rybin, wałęsają się po skażonym terenie w poszukiwaniu szarych czarnobylskich, cholernie niebezpiecznych wilków, które pojawiły się w okolicach tuż po katastrofie. To miała być bezproblemowa misja, ta dwójka już niejedno bydlę utłukła. Jednak Zona tak łatwo ze swych objęć nie wypuszcza, szczególnie gdy „ci z góry” mają coś na sumieniu. Choć powszechnie wiadomo, że wódka wchodzi jak złoto, to mimo to szefostwo pewnej nocy za bardzo zabalowało i, chcąc nie chcąc niepożądane pliki czy inne dane poszły w bliżej nieznany eter. Coś szlag trafił, coś zrobiło głośne „pierdut!”. Eksperyment nie poszedł najlepiej, a ci którzy przetrwali emisję (czyt. Jusupow i Rybin), muszą opuścić ten świat. I to możliwie jak najszybciej.Czytając pierwszy rozdział, czytelnik jest niemal pewny, że dwaj myśliwi bez wątpienia są głównymi bohaterami „Wedle zasług”. Im bliżej końca, tym odbiorca zdaje sobie sprawę, że Nieściur nie zdecydował się na skupienie fabuły tylko wokół wyżej wymienionych łowców. Poznajemy całą chmarę postaci, które reprezentują różne grupy oraz osobowości. Mamy stare wygi w postaci Jusupowa i Rybina, młodych gniewnych żółtodziobów, stalkerów z krwi i kości, wojskowych, którzy dla wielu są jak wrzody na tyłku i wiele innych bohaterów, mających unikalne cechy czy przynależących do różnorodnych frakcji. Jest to umiejętnie wykorzystany zabieg, ponieważ losy jednej postaci potrafią porządnie namieszać w fabule, co daje autorowi spore pole do popisu w rozwoju akcji.Nie każdą postać trzeba darzyć miłością, część z nich naprawdę trudno polubić, patrząc na ich poczynania. Jednakże Nieściur tak skonstruował ich charaktery, że czytelnik jest w stanie zrozumieć ich motywacje i postępowania. Choćby nie wiadomo, jakimi parszywcami by się okazali, pomyśli sobie „no w zasadzie nie dziwię się facetowi…”. Nie tylko postępowanie, ale również dialogi wydają się bardzo naturalne. Przebywający w Zonie nie są zbyt elokwentni, przynajmniej większość z nich. Zarzucą mięsem, niezbyt grzecznie się odezwą, czasami zdania złożone są w sferze marzeń. Lecz dzięki temu ich rozmowy wyglądają na prawdziwe i niewymuszone. Zdarza się, że ilość przekleństw jest na tyle duża, że ważne dla fabuły informacje zostają gdzieś w tyle, nie docierają do czytelnika. Na szczęście Nieściur zachował proporcje i słowa na literę „k” nie przesłaniają całości.Fabularnie „Wedle zasług” również wypada całkiem nieźle. Zonę widzimy z różnych perspektyw, zależnie od bohatera, z którym w danym momencie przeżywamy. Tak samo jak prezentowane wydarzenia. W uniwersum S.T.A.L.K.E.R. w zasadzie nie ma miejsca na pogaduszki o polityce, skoro na plecach czujesz śmierdzący oddech pseudogiganta. Liczą się mutanty, kałach i co lepsze artefakty. Ale polityka zawsze gdzieś tam się kręci, prawie że niewidoczna, ale odczuwalna. Nieściur zaakcentował to całkiem dobitnie, że emisje znikąd nie przyszły. Niewiele jeszcze o nich wiemy, ale „Wedle zasług” ostatnią książką tego pisarza nie jest. Mam nadzieję, że dowiemy się nieco więcej, gdyż na razie mamy tylko przesłanki, które zaostrzają apetyt. Na razie sporą część książki zajmują walki z mutantami, które zostały naprawdę dobrze przedstawione. Opisy bijatyk nie ciągną się w nieskończoność, nie są też za krótkie, a co najważniejsze autor nie rozdrabnia wszystkiego na atomy. Owszem, opisy są szczegółowe, ale czytelnik dostaje tyle informacji, ile potrzebuje. Wymiary mięsaka ani dokładny model stalkerowego gnata nie jest niezbędny do życia i Nieściur doskonale zdaje sobie z tego sprawę.Akcja toczy się szybko, co jest charakterystyczne dla tego uniwersum. Przyspieszają ją zgrabne opisy walk, nawet niektóre co ważniejsze wymiany zdań między bohaterami. Nie sposób zasnąć przy „Wedle zasług”, ani też znudzić się. Jednakże pojawią się pewne fragmenty, które mają służyć uspokojeniu akcji – ktoś opowiada o swoich zdobyczach, ktoś gada o tym, jak bohatersko załatwił mutanta. Coś, co miało spełniać funkcję retardacji, tak naprawdę nie było wcale potrzebne. Te epizody nie wprowadzają niczego nowego do fabuły i nie do końca dopasowują się w całość. Równie dobrze może ich nie być. Jednakże takich fragmentów nie jest wiele, więc nie są one rażące.Jeśli zaś chodzi o Zonę, to jest ona niemalże w stu procentach taka, jaka powinna być. Mamy artefakty, mutanty, emisje i inne tego typu atrakcje turystyczne. Nowością, przynajmniej dla mnie, jest obecność owych myśliwych, którzy ze stalkerstwem mają wspólne tylko to, że siedzą po uszy w bagnie zwanym Zoną. Nie zbierają artefaktów, do żadnej większej frakcji nie należą, za mutantami, jak nie muszą, też nie ganiają. Jest to element, który bardzo mi się podoba. Natomiast przedstawienie wojskowych nie do końca trafiło w mój gust. Choć taka technologia już oczywiście istnieje, to jednak żołnierze w egzoszkieletach sprawiali, że Zona robiła się mniej naturalna, a bardziej science-fiction. Być może wynika to z przyzwyczajenia do świata przedstawionego przez Noczkina, gdzie 3/4 postaci liczyło na twardą dupę, głupie szczęście i naładowanego kałasznikowa, aniżeli na wymuskaną zbroję, która mogła odwalić połowę brudnej roboty (ale żeby nie było, egzoszkielety u Nieściura niezniszczalne nie są).Wisienką na torcie są ilustracje Pawła Zaręby, które świetnie łączą się z klimatem kapryśnej Zony. Są mroczne, utrzymane w odcieniach ciemnych szarości i czerni. Chociaż sercem nadal jestem przy stylu Dominika Brońka, to po lekturze „Wedle zasług” z czystym sumieniem mogę pokusić się o stwierdzenie, że ma on godnego przeciwnika, Pawła Zarębę.„Wedle zasług” nie jest książką z oceną „mocne 2/10”. Zdecydowanie bliżej jej do mocnego 8/10, biorąc pod uwagę zarówno fabułę i świat, jak i postaci. Nieściur zafundował nam kawał porządnego postapo i nie na pewno nie jedno ma jeszcze do zaoferowania. Mam nadzieję, że autor ma już w zanadrzu kontynuację, bo niedosyt po „Wedle zasług” pozostał. Powieść pochłania się szybko i z przyjemnością, dokładnie tak jak wódkę Kozak.
--------------
Za możliwość przeczytania książki "Wedle zasług" dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów.

środa, 9 listopada 2016

Transmutacja

Brak komentarzy:
Transmutacja to bardzo zaawansowana dziedzina magii. Polega ona na zamianie przedmiotu, osoby lub zwierzęcia w coś innego. Z języka łacińskiego „trans” znaczy „poprzez” a „mutatio” to „zmiana”. Opowieści związane z takimi przemianami obecne są w folklorze całego świata. Wystarczy sobie przypomnieć Kopciuszka i jej matkę chrzestną, która to zmienia myszy w konie, a dynie w karocę, którą tytułowa bohaterka dociera na bal, aby poznać swojego księcia. Każdy chyba zna „Piękną i bestię” oraz „Żabiego króla”, w których to bajkach młodzi i przystojni mężczyźni zostali zamienieni odpowiednio w potworka i rechoczącego płaza. Oprócz bajek mamy jeszcze mit Kirke, która to zmieniała swoich gości w wilki, niedźwiedzie, świnie czy lwy. 
 
Już Owidiusz (rzymski poeta) w swoich „Przemianach” opisał chyba jedne ze słynniejszych przypadków transmutacji. W jego dziele można znaleźć nie tylko stworzenie świata, czyli zamianę chaosu w ład, ale również historie z jego czasów. „Przemiany” zawierają około 250 historii o bohaterach, bogach i ludziach i ich niecodziennych przeobrażeniach. I tak oto nimfa Dafne uciekając w popłochu przez Apollem przemienia się w drzewo wawrzynu. Z kolei Arachne (prządka) zostaje karnie zmieniona w pająka za to, że ośmieliła się wyzwać na pojedynek tkacki Atenę. Najbardziej nieciekawy los moim zdaniem spotkał jednego ze śmiertelników – Akteona, który to ujrzeniu bogini Artemidy przemieniony został w jelenia, którego rozszarpały na strzępy własne psy. 
 
Owidiusz w większości swoich opowiadań pokazuje transmutacje dziejące się za pośrednictwem bogów, którymi kierują emocje takie jak gniew czy łaskawość. Nie można jednak zapomnieć o postaciach czy bogach, którzy sami mogą się zmieniać. I tak oto Zeus niejednokrotnie „widywany” był jako łabędź, gołębica, orzeł, baran czy też byk. Znani z mitologii skandynawskiej Loki i Odyn również wiedli prym w przemianie w zwierzęta. Co ciekawe nie tylko bogowie, ale również demony, trolle, elfy, wile czy ghule znane są z tego, że mogą się zmienić w co tylko zechcą jak np. obłok dymu, powabna niewiasta, woda czy skała. Moim zdaniem na specjalną uwagę zasługuje pewne średniowieczne, walijskie opowiadanie, w którym to Gwion Bach wykrada dar proroctwa z kotła czarownicy Ceridwen. Chcą w miarę niepostrzeżenie uciec z jej domostwa przemienia się w zająca, a wiedźma w charta. Zatem Gwion zmienia się w małego ptaszka, a Ceridwen orła. Następne złodziej chcąc zwiększyć swoje szanse zmienia się w ziarno pszenicy, gdy tylko dostrzega stóg świeżo skoszonej pszenicy w pobliskiej chacie. Ceridwen jednak była sprytniejsza, gdyż przeobraziła się w kurę, która grzebała dotąd dokąd nie znalazła właściwego ziarna i nie skonsumowała go. 
 
Od dawien dawna wiadome było, że czarownice mogą dowolnie zmieniać swoją postać. Apulejusz (rzymski pisarz) już w II wieku naszej ery dał popis swoich możliwości wymyślając, że mogą się one przedzierzgnąć w łasice, myszy, psy czy też ptaki. Oczywiście jego historie są wyssane z palca, a odzwierciedlały jedynie wierzenia tamtych czasów. Jednakże jak się okazało wieki później, czyli w trakcie polowań na czarownice, wiara w to, że czarownice mogą przybierać różne zwierzęce postaci (zwłaszcza kocie) była niezwykle powszechna. Procesy pełne były dowodów na to jak na ciałach oskarżonych znajdowano obrażenia dokładnie takie, jakie były zadane podejrzanym o czary zwierzętom. W jednym z głośniejszych procesów w XVI-wiecznej włoskim mieście Ferrara świadek zeznał, że zbił kijem kota, który zaatakował jego małego synka. Obrażenia te były ponoć widoczne na ciele czarownicy, której sprawa dotyczyła. Z kolei w Szkocji w 1718 roku pewnego mężczyznę rozzłościły koty mówiące ludzkim głosem. Był tym tak poruszony, że dwa koty pozbawił życia, a kilka innych mocno poturbował. Może nie byłoby w tym nadzwyczajnego jak na ówczesne czasy, gdyby nie fakt, że w podobnym czasie zostały znalezione zwłoki 2 kobiet, a inna z kolei dorobiła się tajemniczej rany na nodze. Był to ponoć kolejny dowód na to, że czarownice mogą się transmutować w koty. 
 
Oczywiście podania z całego świata mówią nie tylko o kobietach zmieniających postać, ale również o mężczyznach. Nieco inny typ transmutacji to wilkołactwo, czyli przemiana w wilka. Oczywiście nie każdy rejon świata obfituje w wilki, więc tam trzeba było opowiadać o innych „łakach”. I tak oto w Indiach słyszało się o tygrysołakach, w Amazonii o jaguarołakach, w Afryce o hienołakach, w jeszcze innych częściach świata można się było spotkać z przemianami w węże, krokodyle, szakale, niedźwiedzie czy kojoty. Zapewne ma to swoje źródło w szamańskich obrzędach w trakcie których ci magowie przywdziewali zwierzęce skóry i wydawali odgłosy charakterystyczne dla zwierząt. Mieli oni jeszcze zażywać środki halucynogenne, które wprowadzały w trans i dawały realne poczucie, że zmieniło się postać. Jeśli jednak to było za mało to zapewne widownia biorąca udział w takich rytuałach miała realne wrażenie, że oto na ich oczach dokonywała się prawdziwa transmutacja. 
 
 
- Frey

sobota, 5 listopada 2016

Praca konkursowa

Brak komentarzy:


Autor: Morrigan
 

Śnieżna opowieść
            Nad lasem już dawno zapadł zmrok. Gwiazdy uporczywie błyszczały zimnym światłem, a nad czubkami jodeł majaczył fragment księżyca. Między niewysokimi iglakami stała na oko trzynastoletnia dziewczynka. Jej czarne buty tonęły w śniegu, a czerwona peleryna od dołu pokryła się szronem.
            Było zimno, ale dziewczynka nie ruszała się z miejsca. O tym, że nie jest jedynie posągiem świadczyła para wydobywająca się z jej ust po każdym wydechu. Chociaż zapewne zmarzła pod cienką peleryną, nie opuściła swojego posterunku. Ośnieżone jodłowe gałęzie dotykały jej pleców i ramion, a gwiazdy oświetlały drobną twarzyczkę zastygłą w obojętnym wyrazie. I palce zaciśnięte na sztylecie.
            Ciężkie, śniegowe chmury zasłoniły gwiazdy. Dziewczynka nadal stała pomiędzy jodełkami, nasłuchując. Las był cichy, wydawał się być niemal uśpiony. Gdy dziewczynka była dzieckiem myślała, że zimą las naprawdę zasypia, aby obudzić się dopiero wiosną. W lecie słyszała szept liści i pieśń gałęzi, ale zimą wszystko było ciche i nieme. Groteskowo okropne i nieme. Potem dziewczynka zrozumiała, że las jest martwy niemal tak jak jej serce. Nie może szeptać czy nucić, nie może czuć ani żyć - może jedynie egzystować, korzeniami mocniej wczepiając się w glebę i liczyć na to, że przewegetuje kolejny rok.
            Zaczął padać śnieg i dziewczynka przypomniała sobie wszystkie te noce, kiedy nie bacząc na zakazy babci otwierała okno i łapała śnieżynki albo wykradała się na pobliską polanę, gdzie mogła zachwycać się unikalnością każdego jednego śnieżnego płatka. Wyobrażała sobie, że śnieg jest magicznym pyłem zsyłanym przez Anioły, mającym za zadanie zakryć brzydotę całego świata. Kiedy powiedziała to babci dostała solidne lanie. Babcia powiedziała wtedy, że to tylko bujdy, a ona zamiast marzyć powinna się wziąć do pracy. Marzenia dziewczynki zginęły przysypane lawiną anielskiego śniegu. A może to tylko nadzieja umarła? Dziewczynka nie umiała tego jednoznacznie stwierdzić.
            Ciszę przerwało odległe wycie wilka. Dziewczynka instynktownie spięła się i mocniej zacisnęła rączkę na rękojeści sztyletu. Posrebrzane ostrze zalśniło w mroku. Spojrzała na nie, a resztki niepewności uleciały niczym para, nie pozostawiając śladu w tym głuchym lesie. Dziewczynka wiedziała, że musi to zrobić, inaczej nigdy nie pozna prawdziwego życia, ciągle uwięziona w chatce, zakneblowana kagańcem z wypaczonych marzeń i sznurami z podciętych ambicji.
            Wycie rozległo się bliżej dziewczynki. Wiedziała, że wilk ją wyczuł i zbliża się do niej. Dziewczynka strzepnęła z ramion i kaptura śnieżną warstwę, po czym zrobiła dwa kroki w przód. Zamknęła oczy i usłyszała, jak na lewo od niej śnieg się zapada. Wilk był już bardzo blisko.
            Zobaczyła go niemal od razu po otwarciu oczu. Wielka bestia o czarnym futrze i złotych ślepiach. W otwartym pysku widać było duże i na pewno ostre zębiska. Dziewczynka wyciągnęła przed siebie dłoń ze sztyletem i czekała, aż wilk skoczy. Jej oczy co prawda przywykły do ciemności, a sylwetka wilka odcinała się od bieli śniegu, ale dziewczynka nie mogła zauważyć przykurczu tylnych łap. Musiała zdać się na wyczucie.
            Wilk skoczył. Serce dziewczynki biło mocno i szybko, ale jej ruchy były opanowane. Niesamowite było, jak ta mała potrafiła trzymać na wodzy strach i nerwy. Ledwo posrebrzone ostrze sztyletu dotknęło czarnego futra, wilk zawył. To był straszny, przejmujący dźwięk, powodujący gęsią skórkę i nagły strach. Nawet ręka dziewczynki drgnęła. Wilk opadł na ziemię, patrząc płonącymi wściekłością ślepiami na dziewczynkę, ale nie mogąc się podnieść. Pazury przeorały śnieg. Dziewczynka wyjęła sztylet po czym wbiła go ponownie, tym razem w prosto w serce.
            Pod wilkiem na śniegu wykwitły czerwone plamy krwi, a pazury zastygły w przymarzniętej zaspie. Para uniosła się z jego nozdrzy ostatni raz, leciutko, niemal niedostrzegalnie. Dziewczynka patrzyła na martwe cielsko, a jej twarz wyrażała obojętność. Powinna coś czuć... cokolwiek. Żal, smutek, radość... A ona nie czuła nic. Gorzki posmak w ustach i przejmujące zimno - to jedyne, do czego odczuwania zdolna była dziewczynka.
            Ciało wilka konwulsyjnie zadrgało, po czym zaczęło zmieniać się w staruszkę. Jej koszula była obficie zroszona krwią, teraz już zaczynającą krzepnąć i przymarzać. Dziewczynka przyklękła przy niej, po czym jednym ruchem ręki zamknęła oczy staruszki, teraz już nie złote, a brązowe. Po policzku dziewczynki spłynęła pojedyncza łza, zamarzając na podbródku. Śnieg nasączony krwią sprawiał upiorne wrażenie. W głuchym jak dotąd lesie dziewczynka usłyszała życie - dwie sowy pohukiwały z dwóch przeciwnych stron, a gdzieś daleko zaszczekał pies.
            - Żegnaj, babciu. - Wyszeptała dziewczynka. - Wybacz mi, nie miałam wyboru. Teraz jestem wolna...
            Twarz dziewczynki na powrót stała się obojętna niczym maska. Odwróciła się i powolnym krokiem skierowała w stronę wyjścia z lasu. Na jej zakrwawioną dłoń upadł płatek śniegu. Dziewczynka nie widziała w życiu zbyt wiele piękna, ale śnieżne płatki od zawsze jej się z nim kojarzyły. Śnieżne płatki, rwące potoki, kruki i białe róże. Babcia dziewczynki lubiła gwiazdy, ale dziewczynce kojarzyły się one jedynie ze skradzionym, odbitym światłem i zimną, wyniosłą obojętnością. Teraz spojrzała na swój płatek, ale on już zaczynał się topić. Przez ułamek sekundy dziewczynce wydawało się, że stopiony z brzegów okruszek przypomina wilczy łeb. Ale uczucie to minęło równie szybko jak się pojawiło, a dziewczynka strzepnęła z dłoni kropelkę brudnej, różowawej od kalającej dłoń dziewczynki krwi wody. Ślad po kropelce już powoli zamarzał.
            Dziewczynka szła, a jej buty zostawiały krwawe ślady. Każdy płatek, który ich dotknął, momentalnie się topił. Dziewczynka nie była w stanie tego dostrzec wciąż patrząc przed siebie. Ja dostrzegłam.
            Wśród drzew podniosła się mgła, a potem poprzez ciężkie, śniegowe chmury do lasu dostało się światło gwiazd. Gdzieś nad dziewczynką zahuczała sowa, a ja wpatrywałam się w ciało staruszki leżące pośrodku lasu.
            Dziewczynka nie znała legend. Nie wiedziała, że teraz - wilczym dziedzictwem - co pełnię to ona będzie stawać się bestią. Nie wiedziała, że babcia przyjęła na siebie jej brzemię. Ale także jej współczułam.
            Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, oświetlona zimnym, odbitym światłem gwiazd.
            Żegnaj, Kapturku.


Praca konkursowa

Brak komentarzy:


 Autor:
Kasia Kapica


Chrześniak

Trzy głuche uderzenia rozdarły nocną ciszę, wdzierając się do wnętrza chaty. Mieszkanka domku poderwała się zaniepokojona ze swego posłania. Przetarłszy oczy, podeszła do kolebki dziecka, które powiła kilka dni temu. Niemowlę spało głęboko, a skromny blask płomieni z dogasającego paleniska oświetlał jego twarzyczkę. Kobieta uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę, by pogłaskać pociechę. W tej samej chwili znów rozległo się pukanie. Wystraszona, wzdrygnęła się i cofnęła dłoń.
Nagle do środka wtargnął zimny podmuch, który rozbudził żar w kominku. W czarnym prostokącie drzwi stała przygarbiona postać. Starzec zamknął je za sobą i spojrzała się na gospodynię, której wzrok mężczyzny zmroził krew w żyłach.
- Czego chcesz? – zapytała zdławionym głosem, zasłaniając swym ciałem kolebkę.
Starzec nie odpowiedział. Powoli podszedł do kołyski i przyjrzał się dziecku. Kobieta stała jak sparaliżowana, nie wiedząc jak zareagować.
- Ładne dziecko – powiedział obojętnym tonem – jak mu na imię?
- Nie ma imienia. Nie został jeszcze ochrzczony – wychrypiała, dziwiąc się samej sobie, że rozmawia z obcym człowiekiem w środku nocy. 
- Chcę zostać jego chrzestnym – rzekł po chwili, wbijając w nią przenikliwy wzrok swoich nieludzkich oczu. Pod ich naciskiem przystała na jego propozycję.
Dopiero gdy starzec był już przy drzwiach, wyrwała się z transu i krzyknęła za nim:
-  Kim właściwie jesteś?!
- Tym, który traktuje wszystkich jak równych sobie – odparł, wychodząc.
*
Odrzucona na bok koperta smętnie opadła na klepisko, robiąc spektakularny obrót w powietrzu, na który nikt nie zwrócił uwagi. Narvin przebiegł po niej, wdeptując w glinianą powierzchnię i wybiegł na dwór z głośnym okrzykiem, który dotarł nawet do uszu jego matki, oddalonej o kilka minut drogi od domu. Kobieta uśmiechnęła się do siebie, wiedząc co za chwilę oznajmi jej syn.
Przybiegł na poletko zdyszany, ale z rozradowaną twarzą. Podał jej list, uśmiechając się szeroko i pochylił się, opierając ręce o kolana, by złapać oddech. Kobieta rzuciła okiem na pierwszą część listu i od razu przeszłą do sedna wiadomości, odczytując ją na głos:
- „Społeczność Uzdrowicieli, na czele z Wyższą Radą, pragnie zawiadomić o pozytywnym rozpatrzeniu pana wniosku i przyjęciu w Brązowe Szeregi. Gratulujemy zdanego egzaminu” – zakończyła, przenosząc wzrok na Narvina.
- Brawo – uściskała go, siląc się na uśmiech – Jestem z ciebie dumna – dodała, wiedząc, że tak należy powiedzieć. Syn, zbyt rozentuzjazmowany, nie usłyszał sztuczności w jej głosie.
- Zaraz pójdę spakować wszystko co potrzebne, jutro przygotuję prowiant i pojutrze wyruszam! W końcu coś idzie po naszej myśli! – zaczął mówić z przejęciem, na ogół zarezerwowanym dla dzieci.
Nie przerywając mu, potakiwała z wymuszonym uśmiechem, który znikł, gdy tylko Narvin się odwrócił. Była dumna z tego, że jej syn ukończył Akademię, ale nie umiała się tym cieszyć, wiedząc, że ją zostawi. Było to naturalną koleją rzeczy i nie byłaby zadowolona, gdyby chłopak marnował się w domu, lecz w tej chwili myślała tylko o tym, że zostanie sama.
Łzy zalśniły w jej oczach. Szybko je otarła, nie chcąc się nad sobą użalać. Dokończyła wyrywanie chwastów, starając się o niczym nie myśleć. Ruszyła w stronę domu dopiero, gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, a ciepło umykać przed nocnym chłodem.
Kątem oka zauważyła czarną plamę obok iglastego krzewu. Zatrzymała się i odwróciła.
- Zaopiekujesz się nim? – zapytała smutno.
Starzec skinął głową. Kiedy chwilę później zerknęła przez ramię, już go tam nie było.
*
Horyzont zaczął pogrążać się w szarości. Noc zaczęła ustępować nieśmiałemu blaskowi słońca, które za parę godzin miało wyłonić się w całej okazałości. Mgła jeszcze wisiała nad światem, nadając krajobrazowi magicznego uroku.
Odwrócił się, rzucając ostatnie spojrzenie na chatę, w której się spędził dwadzieścia lat swojego życia. Otulił się mocniej wełnianym płaszczem i stał, nie mając odwagi ruszyć na przód. Przez ostanie dni tryskał energią, która teraz nagle go opuściła, gdy zaczęło do niego docierać na co się pisze.
Z matką pożegnał się wieczorem. Prosiła go, by jej nie budził rankiem. Domyślił się, że nie chciała patrzyć jak odchodzi, więc nie naciskał, choć z całego serca pragnął, by odprowadziła go wzrokiem, stojąc przed domem. Westchnął głęboko i ze smutnym uśmiechem zmusił się do kroku na przód, wiedząc, że nie powinien dłużej zwlekać.
*
Z nacięcia na wrzodzie trysnęła krew zmieszana z ropą, obryzgując mu po raz kolejny raz twarz. Znów zaklął w myślach, wymyślając pacjentowi, który nabawił się czarnych pęcherzy na ciele z własnej winy, pijąc wino z dodatkiem halucynogennego ziela. Narvin musiał usunąć znajdującą się w pęcherzykach ciecz i przypalić miejsce po nich. Było to nudne i żmudne zajęcie, lecz dokładnie się tym zajmował, by do organizmu nie wdało się jeszcze gorsze zakażenie; tym bardziej, że był to jego pierwszy pacjent.
Opuścił go dopiero trzy dni później, gdy samopoczucie mężczyzny się poprawiło. Jako podziękowanie gospodarz wręczył mu kilka monet i prowiant na dalszą drogę. Uzdrowiciel nie protestował, widząc po stanie gospodarstwa, że mężczyznę stać na zapłatę. Jednakże gdy zaproponowano mu podwiezienie do pobliskiego miasteczka, odmówił, nie chcąc nadużywać wdzięczności wyleczonego.
Po drodze udzielał porad w mijanych wioskach w zamian za nocleg, zaś do miasta dotarł parę dni później. Zmierzchało już, gdy znalazł się przed drewnianą bramą z dębowymi wieżyczkami po jej bokach. Znudzeni strażnicy przepuścili go bez zbędnego wypytywania i wskazali drogę do najbliższej karczmy, gdzie zatrzymał się na noc. Gdy tylko położył się na łóżku, zapadł w głęboki sen.
*
- Proszę pana, niechże się pan zbudzi – ktoś potrząsnął jego ramieniem.
- Co się stało? – zapytał, przecierając zaspane oczy i ziewając. 
- Staremu Pelrovi się pogorszyło. Jego żona usłyszała, że w mieście jest Uzdrowiciel i błagała, żeby jak najszybciej pan przybył – powiedział zaaferowany karczmarz.
Wstał bez zbędnych komentarzy, zebrał najpotrzebniejsze rzeczy i zszedł na dół karczmy, gdzie czekał na niego służący. Przez całą drogę przecierał oczy i próbował się rozbudzić, wypytując mężczyznę o stan chorego, jednakże nie dowiedział się niczego przydatnego.
Wewnątrz domu, do którego go wprowadzono, oślepiło go światło. Wszędzie były rozstawione zapalone świece - niecodzienne zjawisko o takiej porze.
- Proszę tędy – przewodnik wskazał ręką schody i ruszył za nim, by zaprowadzić go do właściwego pokoju.
W środku zastał chorego wraz z żoną. Na jego widok podniosła się z krzesła z oczyma lśniącymi w blasku płomyków i zaczęła mówić zatroskanym głosem:
- Och, jak dobrze, że przybył pan tak szybko, dziękuję! Mój mąż źle się czuł od paru dni, lecz nie uznawaliśmy tego za coś poważnego. Ale dziś wieczorem zaczął bełkotać, nie mógł wykrztusić z siebie słowa! To było okropne. Widziałam jak cierpiał! Po chwili mu przeszło, lecz jakąś godzinę temu zaczął krzyczeć i usiadł na łóżku, ale gdy tylko spróbował wstać, zemdlał i padł tak jak leżał wcześniej! Wtedy wysłałam służących po pomoc. Och, jak dobrze, że się pan zjawił – powtórzyła na zakończenie – Pomoże mu pan?
W odpowiedzi skinął jedynie głową i gestem nakazał jej odsunąć się od nieprzytomnego. Zajął się przygotowaniem ziołowego wywaru i kadzidełka. Kobieta zaglądała mu przez ramię, marszcząc brwi i zastanawiając się czy młodzieniec wie co robi. Odetchnęła z ulgą dopiero, gdy po dostaniu leku pacjent otworzył oczy. Mężczyzna próbował wstać, ale Uzdrowiciel delikatnie go przytrzymał, po czym uniósł jego głowę i podał łyżkę ziołowego wywaru, który wywołał grymas na twarzy chorego.
- Proszę leżeć spokojnie, muszę pana zbadać – powiedział łagodnym tonem – Mógłbym prosić o miednicę z wodą? – zwrócił się do kobiety, która zadowolona, że może się czymś zająć, wyszła z pokoju i zbiegła po schodach.
Gdy wróciła, Narvin miał już gotową wstępną diagnozę.
- Pani mąż nie jest w złym stanie, proszę się nie martwić. Ma problemy z oddechem z powodu czegoś osiadłego na jego płucach i gardle, przez co również ciężko mu się wysłowić. Ale proszę się nie martwić, za góra dwa dni wszystko wróci do normy. Niech pani uda się na spoczynek. Ja z nim zostanę i podam leki – mówił, starając się brzmieć jak dobrze urodzony człowiek. Nie był pewny czy mu to wyszło, lecz starał się tym nie przejmować.
Co godzinę, aż do świtu, podawał choremu ziołowy syrop ani na chwilę nie zasypiając. Gdy słońce ukazało się w pełnej krasie, usłyszał krzątającą się po domu służbę, przygotowującą się do kolejnego dnia ciężkiej pracy. Niedługo później rozległo się pukanie do drzwi, w których ukazała się służąca i postawiła przed nim tacę ze śniadaniem. Nie był głodny, lecz zaczął jeść, chcąc zająć czas. Nie mógł jak na razie zrobić nic więcej dla mężczyzny.
- Jego stan się polepszył, do wieczora powinien wyzdrowieć zupełnie – powiedział, gdy przed południem do pokoju weszła właścicielka domu, po czym udzielił jej szczegółowych instrukcji opieki nad mężem – Czy ktoś mógłby zaprowadzić mnie do gospody? – zapytał na koniec.
- Nie ma takiej potrzeby, nakazałam przygotować panu pokój, na wypadek, gdyby Pelrovi się pogorszyło. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko?
- Nie, bynajmniej. Bardzo pani dziękuję – skłonił się i udał się do wskazanej mu komnaty.
Spał jak kamień aż do późnego popołudnia. Obudził się wypoczęty, zjadł stojący na stoliku obiad i pospieszył do pacjenta, który jak się okazało czuł się lepiej. Opowiadał mu o swoich kupieckich podróżach aż do zapadnięcia nocy.
Po północy kupiec zakaszlał kilka razy, ale poza tym spał głęboko, oddychając miarowo. Dopiero gdy zbliżał się wschód słońca, mężczyzna zaczął chrząkać tak głośno, że do pokoju przybiegła jego żona, zmartwiona nagłym pogorszeniem.
- To tylko kaszel, odruchowa reakcja, proszę się nie martwić. To nic nie znaczy – próbował ją uspokoić, lecz kobieta nie udała się ponownie spać. Nie wierzyła do końca osądowi Uzdrowiciela, więc postanowiła czuwać razem z nim.
Problemy zaczęły się dopiero, gdy nadszedł poranek. Pacjent nagle się obudził i usiadł na łóżku, rozglądają się wokół nieprzytomnie. Narvin chciał go położyć z powrotem, lecz nie dał rady. Kupiec nagle odepchnął go z całej siły, tak że upadł na ziemię.
Uzdrowiciel zerwał się z podłogi, chcąc sięgnąć do torby, lecz mężczyzna złapał go za rękę, ściskając ją coraz mocniej. Nagle chory zaczął gwałtownie kaszleć. Na pościeli wykwitły czerwone plamy. Krew znalazła się również na szatach Uzdrowiciela.
Narvin nie miał pojęcia co się dzieje. „Przecież był zdrowy!”. Pelrov wpatrywał się w niego z przerażeniem. Nagle jego oczy rozszerzyły się gwałtownie, a jego ręka opadła na pościel, uwalniając Uzdrowiciela, który sprawdził od razu puls mężczyzny.
Nic.
Opadł na krzesło, wpatrując się pustym wzrokiem w martwe ciało. Nie słyszał krzyku kobiety, która przylgnęła do ciała, omywając krew łzami. Nie zauważył nawet, gdy pokój wypełnił się służącymi. Nie docierało do niego to, co się stało. Przed oczami wciąż miał przerażoną twarz Pelrova.
Bezmyślnie chwycił torbę z lekami i wyszedł na zewnątrz. Nikt nie zauważył, że odszedł. Wpatrując się pusto w brukowaną uliczkę, ruszył przed siebie, nie wiedząc gdzie zmierza i wybierając drogę na chybił trafił. W końcu, sam nie wiedział po jakim czasie, zauważył kamienne schodki, na których usiadł, kurczowo przyciskając do piersi swoją torbę.
Dopiero w tej chwili uświadomił sobie jak głupio postąpił uciekając z domu kupca, ale teraz już było za późno. Nie mógł tam wrócić.
„Co się właściwie stało? Dlaczego zaczął pluć krwią? Przecież był zdrowy. Kompletnie zdrowy. Musiałem mu podać złe leki. Nic innego nie wchodzi w grę.
Jestem Uzdrowicielem. I zabiłem człowieka. Swojego drugiego pacjenta”. Zaśmiał się szaleńczo z ironii sytuacji.
Siedział na schodach cały dzień, nie zmieniając pozycji, jedynie myśląc o tym, co począć dalej. Obraz umierającego Pelrova nie znikał mu sprzed oczu. „Nie mogę być już dłużej Uzdrowicielem” pomyślał, gdy zaczęło się ściemniać. „Nie zniosę kolejnej śmierci. Muszę znaleźć sobie inny zawód”.
- Dobry wieczór – jego rozmyślania przerwał głęboki głos. Zaskoczony podniósł wzrok i ujrzał przed sobą żebraka, wpatrującego się w jego emblemat.
- Jeśli szukasz Uzdrowiciela, to już nim nie jestem – powiedział, podnosząc się z zimnych stopni – Musisz...
- Och, chłopcze, miałem co do ciebie większe oczekiwania – westchnął ku zdziwieniu Narvina – Chodź. Podaj mi rękę.
Nie miał ochoty z nikim rozmawiać, a tym bardziej iść za tym człowiekiem, lecz nie pozostawiając mu wyboru, żebrak złapał go za rękę. Nagle wszystko zawirowało, a on upadł na ziemię.
Ocknął się na miękkiej trawie, na polanie pośród wysokich dębów i klonów. Usiadł i zmrużył oczy, gdy promienie słońca oświetliły jego twarz. W powietrzu czuć było zapach ziół i kwiatów. W oddali śpiewały ptaki.
- W końcu. Myślałem, że jesteś bardziej wytrzymały – usłyszał głos, który przerwał sielską atmosferę.
Przed nim stanął wysoki, odziany w czerń mężczyzna. Niepokój Uzdrowiciela wzbudziła jego blada, prawie że biała, twarz. Nie wiedział kim jest ta dziwna osoba, co musiało odmalować się na jego obliczu.
- Nie pamiętasz mnie? – zapytał zmartwiony – Przecież spotkaliśmy się wczorajszego ranka. Musisz mnie pamiętać.
- To niemożliwe – wymamrotał, marszcząc brwi. Był pewny, że nigdy nie spotkał tego człowieka.
Miał mętlik w głowie; nie pamiętał jak się tutaj znalazł. Spróbował przypomnieć sobie cokolwiek, ale w umyśle panowała pustka. Gdy nagle wróciły do niego wszystkie wspomnienia, aż zakręciło mu się w głowie. Zrobiło mu się słabo, a przed oczami pojawiły się mroczki, kiedy przypomniał sobie wczorajszy poranek.
- O mój Boże... – szepnął, przerażony własnym wspomnieniem.
- Spokojnie. Uspokój się – mężczyzna klęknął przy nim i trzymając za ramiona, popatrzył głęboko w oczy – Chodź, przejdźmy się – powiedział łagodnie i pomógł mu wstać.
- Zabiłem go – wyszeptał z przestrachem.
Podtrzymujący go człowiek nie skomentował tego w żaden sposób. Wytrwale prowadził go na przód, do ławki stojącej w cieniu rozłożystych jaworów. Posadził go na spróchniałym siedzisku i podał kubek z gorzkim płynem, po którym Narvin nawet się nie skrzywił, rozpamiętując śmierć kupca.
- Wybacz mi, ale naprawdę cię nie pamiętam, panie – powiedział, gdy trochę ochłonął - Wyjaw mi kim jesteś – silił się na wyszukany ton.
Mężczyzna otworzył usta, by coś powiedzieć, ale tylko się skrzywił i westchnął ciężko, decydując się na prostą odpowiedź.
- Matka na pewno wspominała ci o mnie. Jestem twoim chrzestnym. Twoja matka wzięła mnie w kumy kilka dni po tym jak się urodziłeś. Przez całe twoje życie miałem cię na oku, choć nigdy nie odwiedziłem.
 Istotnie, Uzdrowiciel przypomniał sobie mgliste wzmianki matki o jego chrzestnym, lecz nigdy nie przywiązywał do nich uwagi, nie mając pojęcia o kim mówiła. Gdy dorastał, zupełnie zapomniał o jego istnieniu. Teraz na usta cisnęło się mu wiele pytań.
- Dobrze, ale kim właściwie jesteś? – zapytał, zachowując spokój - Kim byłeś dla mojej matki, że uczyniła cię moim chrzestnym?
- Jeszcze się nie domyśliłeś? Mówiłem, że spotkaliśmy się wczoraj rano.
Nagle jego twarz zaczęła się zmieniać. Uzdrowiciel zerwał się z miejsca, ale nie mógł zmusić się do ucieczki ani oderwać wzroku od makabrycznego widoku. Oczy mężczyzny zaczęły się topić i spływać po jego twarzy, wyżerając skórę niczym kwas, pozostawiając jedynie kości. W jego dłoni pojawiła się kosa, a czarne ubranie zmieniło się w szatę z kapturem, rzucającym cień na trupią twarz.
- Teraz wiesz? – świszczący szept rozległ się po polance. Zatrwożony Narvin pokiwał szybko głową i znów stał przed nim mężczyzna, którego ujrzał zaraz po oprzytomnieniu.
- Skoro już rozumiesz, posłuchaj mnie. Nie zabiorę ci dużo czasu – uśmiechnął się ironicznie – Nie możesz przestać być Uzdrowicielem tylko dlatego, że raz ci się nie udało kogoś uratować – prychnął, rozładowując napięcie - Nie uda ci się jeszcze wiele razy, nie każdego możesz przede mną uchronić. Często nawet ja sam nie mam na to wpływu. Dlatego...
- Jak to nie masz na to wpływu? – zapytał zdezorientowany – Więc od kogo to zależy?
- To skomplikowane, ludzki umysł nie dałby rady pojąć tego mechanizmu. Nie przerywaj – powiedział, widząc, że Narvin otwiera usta – Przejdźmy do sedna. Sprowadziłem cię tu, bo mam dla ciebie prezent. Chciałem podarować ci go już wcześniej, gdy zakończyłeś naukę, lecz uznałem, że najpierw lepiej się przekonać jakim jesteś Uzdrowicielem. Jak się okazało, mało wytrzymałym. – nagle w jego dłoniach pojawiła się spora sakiewka, którą wręczył chrześniakowi – Będę ci pomagać w leczeniu chorych, bo wiem ile to dla ciebie znaczy. To jedyne co mogę ci dać. Walkę z samym sobą – uśmiechnął się lekko – Posłuchaj uważnie, bo jeśli okażesz się nieposłuszny, może to skończyć się źle nie tylko dla ciebie. W środku sakiewki jest ziele. Ziele, które uleczy każdego. Ale nie możesz podawać go wszystkim. O tym czy możesz kogoś uratować, czy nie, powiem ci sama. Zgadzasz się na taki podarunek?
Uzdrowiciel, nie zastanawiając się, skinął od razu głową.
- Jak poinformujesz mnie o tym czy mogę je komuś podać?
- Jeżeli ujrzysz mnie przy głowie chorego, oznacza to, że ta osoba przeżyje, jeśli podasz jej lek. Ale gdy będę stała w nogach umierającego, nie waż się podać mu ziela. To... po prostu tego nie rób. Rozumiesz? – znów jedynie skinął głową - W takim razie wszystko ustalone. Zabiorę cię z powrotem do twojego świata – chrzestny złapał go za przegub ręki – Jakieś pytania?
- Dlaczego raz mówisz o sobie jako o kobiecie, a raz o mężczyźnie? – wypalił ze szczerym zainteresowaniem, nim zdołał wymyślić inteligentniejsze pytanie.
- Nie dotyczą mnie ludzkie zasady. Ani nie obchodzą. Coś jeszcze?
Narvin zawahał się, nie wiedząc czy na pewno chce znać odpowiedź na kolejne pytanie.
- Mogłem go uratować? – spytał, a jego oczy momentalnie zalśniły od łez.
Śmierć popatrzyła na niego przenikliwie, z zaciekawieniem. A świat nagle zawirował.
*
Czuł się nieswojo, gdy wszyscy otaczający go ludzie wpatrywali się w jego emblemat i próbowali nawiązać kontakt wzrokowy, by kiwnąć z szacunkiem głową. Męczyła go sława, jaką zyskał w stolicy po uratowaniu życia kupieckiemu sekretarzowi. „Chyba czas opuścić to miejsce” pomyślał, jedząc popołudniowy posiłek w towarzystwie pełnych podziwu spojrzeń i szeptów.
Odkąd Śmierć zaoferowała mu swą pomoc minęły prawie trzy lata, podczas których zyskał sławę prawie w całym kraju, co nie cieszyło go tak bardzo jak się spodziewał. Krążyło o nim mnóstwo historii, rzadko nieprzychylnych. Im bardziej był popularny, tym więcej osób prosiło go o pomoc i tym na więcej śmierci musiał patrzyć. A każdą przeżywał tak boleśnie jak tę pierwszą, o której wciąż nie mógł zapomnieć.
Z chrzestną nie rozmawiał ani razu od czasu spotkania na polanie. Widywał ją codziennie przy łożach chorych, kilka razy napełniała jego sakiewkę zielem, lecz nigdy się do niego nie odezwała, o co nie miał do niej pretensji.
Odsunął od siebie pusty talerz, zostawił obok niego kilka monet zapłaty i ruszył do wyjścia. Od stolika w kącie sali poderwało się dwóch mężczyzn, którzy podążyli za nim, lecz Narvin nie zwrócił na nich uwagi, pogrążony w myślach.
- Uzdrowicielu! – usłyszał za sobą wołanie, które wyrwało go z rozmyślań. Ktoś złapał jego ramię, by go zatrzymać.
Ujrzał przed sobą dwóch mężczyzn w mundurach pałacowych strażników.
- Jesteś proszony do pałacu, panie. Musisz natychmiast udać się z nami.
- Do pałacu? – zapytał zdezorientowany – W jakiej sprawie? Ktoś potrzebuje pomocy?
- Dowiesz się tego na zamku, panie. Musimy ruszać – wskazali na niepozorny powóz.
Narvinowi nie spodobał się rozkazujący ton ich głosu, lecz wolał nie odrzucać pałacowej propozycji, zwłaszcza, że nie miał pod opieką żadnego pacjenta, którym musiałby się zająć. Ruszył w stronę karety, wzruszając ramionami.
Gdy był zaledwie parę kroków od powozu, przed drzwiczkami wykwitła czarno odziana postać. Śmierć zagrodziła drogę kosą i wykonała przeczący ruch głową, po czym znikła tak nagle jak się pojawiła. Uzdrowiciel stanął jak wryty, wiedząc, że nie może wejść do środka. Jeden ze strażników popchnął go lekko do przodu, pytając czy coś się stało.
- Czy możemy zboczyć z trasy i pojechać do mojego pacjenta? – zaczął mówić, snując w głowie plan ucieczki -  Muszę podać mu lek zanim...
- Król jest ważniejszy niż byle mieszczanin – strażnik brutalnie wepchnął go do powozu i zatrzasnął za nim drzwiczki.
Nim Narvin zdążył się podnieść z podłogi, woźnica ruszył. Desperacko spojrzał na drzwiczki, lecz nim zdążył pomyśleć o ucieczce, usłyszał:
- Nie radziłabym. I tak nie dałbyś rady uciec – dostrzegł siedzącą na ławce powozu młodą kobietę w mundurze - Proszę, usiądź – wskazała siedzenie naprzeciw siebie – Nie wiem właściwie dlaczego chciałbyś uciekać, panie. Mawiają, że potrafisz wyleczyć każdą chorobę, nie masz się więc czego obawiać – uśmiechnęła się nieprzekonująco. Nagle jakby ją olśniło, dodała – Niech pan mi wybaczy, nazywam się Arnaelle, jestem królewskim sekretarzem.
- Czego król ode mnie chce? – zapytał zrezygnowany, nie siląc się na uprzejmości.
- Królowa jest ciężko chora – odparła z  powagą – wyleczyłeś człowieka, którego wszyscy spisali na straty, więc jej na pewno zdołasz pomóc.
 Spuścił wzrok, udając zamyślonego. W rzeczywistości był przerażony. Wiedział już co zastanie w zamku.
*
Nie mylił się.
Gdy po rozmowie z królem, wszedł do pokoju chorej, Śmierć już stała przy nogach królowej, wpatrując się w niego ze smutkiem. Władca rozpłakał się widząc małżonkę, rozkazał Uzdrowicielowi natychmiast ją uzdrowić, grożąc zesłaniem do lochu.
Narvin nie przejął się groźbą. Zamiast tego zastanawiał się jak delikatnie oznajmić królowi przykrą wiadomość. Podszedł do łoża chorej, udając że ją bada, choć już wiedział, że kobieta nie przeżyje dłużej niż dwa dni.
- I? – zapytał władca, nie dając mu czasu do zastanowienia się.
- Niestety nie mogę jej uratować, panie. Jedyne co mogę uczynić to złagodzić jej cierpienie i podać zioła uśmierzające ból – powiedział bez ogródek, patrząc prosto w oczy króla.
Mężczyzna poczerwieniał a na jego twarzy ukazała się pulsująca żyła.
- Nawet nie spróbujesz? Jak śmiesz?! Uratowałeś życie nędznego sekretarza, a nie uratujesz życia królowej?! Radzę ci to przemyśleć, chłopcze – wykrzyczał, łapiąc go za poły szaty i przysuwając się do niego tak, że czuł jego oddech na swojej twarzy.
- Jej nie da się uratować! – krzyknął w złości – Jest już praktycznie martwa!
Królewskie oczy zwęziły się w szparki, a Narvin nagle runął na posadzkę. Władca skinął na dwóch żołnierzy stojących przy drzwiach.
- Do lochu z nim. Egzekucja za dwa dni – powiedział bezbarwnym tonem.
Strażnicy chwycili szarpiącego się Uzdrowiciela i zaciągnęli po ziemi w stronę drzwi. Chłopak nie zamierzał się poddawać i desperacko próbował się wyrwać, więc związano mu ręce i nogi. I pobito do nieprzytomności.
*
Z nieba strugami lał się deszcz. Nie było widać świata, który skrył się za wodną zasłoną. Czuł jak jego ubranie robi się oraz cięższe i cięższe, aż zobaczył, że stoi po pierś w wodzie, której poziom wciąż się podnosił. Poczuł, że coś naciska mu na plecy. Nie mógł się ruszyć. Nagle zatonął, a ciecz dostała się do jego nosa. Zaczął kaszleć i krztusić się, aż się obudził.
Z celi wyszedł żołnierz z wiaderkiem, chichocząc pod nosem. Wokół niego było pełno mętnych kałuż, a ubranie lepiło się do jego ciała. Spróbował się podnieść, ale członki odmówiły mu posłuszeństwa. Przeszył go rozdzierający ból. „Chyba złamałem rękę. I żebra”.
Dopóki nie przyniesiono mu wieczornego posiłku, leżał i wpatrywał się pustym wzrokiem w sufit. Zastanawiał się nad tym co się stało. Rozumiał dlaczego król był na niego zły. Każdy by był, gdyby ktoś oznajmił, że najważniejsza dla niego osoba umrze. Ale nie rozumiał dlaczego zesłano go za powiedzenie tego do lochu i chciano zabić. Słyszał historie o porywczym charakterze władcy, ale nigdy nie dawał im wiary. A teraz miał się o nim przekonać na własnej skórze.
W nocy udało mu się przeczołgać pod ścianę i wyjąć z torby, której o dziwo mu nie zabrano, cudowne ziele i je połknąć. Tak go to wyczerpało, że od razu zapadł w sen.
Gdy się obudził, nastał już ranek. „Dzień do egzekucji”. Ostrożnie spróbował się podnieść, sprawdzając czy da radę. Pierwszy raz zażył własnego leku i z zaskoczeniem odkrył jak niebywałą miał moc. Nie spostrzegł żadnych sińców, nic go nie bolało, a co najważniejsze, mógł normalnie się poruszać.
Usiadł na pryczy i zaczął przyglądać się krzątającym strażnikom, którzy wciąż szeptali między sobą, wskazując jego celę. Nie wiedział o co chodzi, ale do głowy przychodziły mu najczarniejsze myśli. W lochu poza nim nie było żadnego innego więźnia, więc tym bardziej zadziwiająca była ilość żołnierzy. Zapytał jednego z nich o powód poruszenia, gdy przyniesiono mu kolację, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Obudził się w środku nocy i choć z całych sił próbował zasnąć, nie udało mu się. Prycza zaskrzypiała, gdy wstał, by pochodzić po celi. Stojący na warcie młody strażnik poderwał się z paniką w oczach. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy zobaczył, że to jedynie więzień. Narvin, uznając, że nie ma nic do stracenia, zapytał go o powód porannej bieganiny strażników. Młodzieniec popatrzył na niego przez chwilę, zastanawiając się czy powinien o tym mówić, aż w końcu zaczął:
- W nocy w całym zamku pojawiły się kałuże krwi i ślady butów. Urywały się przed pokojami króla. Uznaliśmy to za głupi żart. Służący wyczyścili wszystko, tak że nie zostało po tym śladu – zaśmiał się nerwowo – Ale wczoraj, gdy zaczęło świtać... – urwał, nagle zastanawiając się czy rzeczywiście powinien wyjawiać coś takiego więźniowi.
- Gdy zaczęło świtać...? – powtórzył zachęcająco Narvin.
- Stało się coś dziwnego. Upiornego – westchnął zrezygnowany – Miałem wtedy wartę, wszystko widziałem na własne oczy. Usłyszeliśmy odgłos kroków, ale nikogo nie zobaczyliśmy. Wtedy nagle rozbłysły pochodnie i zobaczyliśmy... Zobaczyliśmy kościotrupa w czarnej szacie. W ręce trzymał wiadro, w którym maczał palce i pisał coś na ścianie. Zamurowało nas i nie wiedzieliśmy co robić – zniżał głos do szeptu – kiedy zjawa zniknęła zawołaliśmy innych, którzy odczytali napis – przełknął głośno ślinę, dodając dramaturgii wypowiedzi – „Puśćcie wolno Uzdrowiciela. Zamek spłynie krwią”.
Narvin wytrzeszczył oczy, przeczuwając najgorsze. Przez resztę nocy nie mógł zasnąć, obawiając się tego, co zastanie rano.
*
Obudził go krzyk młodego strażnika, nakazujący mu wstać. Gdy uświadomił sobie, że nic się nie stało, odetchnął z ulgą. A potem przypomniał sobie co ma się wydarzyć tego dnia i ścisnęło mu się serce.
Strażnik otworzył drzwi celi i wszedł po niego.
- Ani słowa o tym, co usłyszałeś w nocy – warknął cicho i złapał go za poły szaty, wyprowadzając na zewnątrz.
Przeszli zaledwie kilka kroków, gdy oczom Narvina ukazała się ściana umazana krwią. Litery rozpływały się, ale napis wciąż był czytelny. Strażnik pociągnął go brutalnie w stronę schodów. Ścisnął jego ramię tak, że paznokcie wbiły się w skórę. Nagle uchwyt zelżał i zniknął. Uzdrowiciel spojrzał na niego ze zdumieniem.
Młodzieniec klęczał na podłodze, trzymając się za gardło i krztusząc. Rzucił Narvinowi przerażone spojrzenie, po czym padł na ziemię martwy, a z jego ust wypłynęła strużka krwi. Uzdrowiciel zachwiał się i musiał podtrzymać ściany. Usłyszał przenikające duszę na wskroś wrzaski i zduszone okrzyki. Wartownik z końca korytarza osunął się na glinianą podłogę.
Na miękkich nogach wszedł po schodach. Przez chwilę oślepiało go słońce, a potem ujrzał przerażający widok. Wszędzie leżały ciała. Z wielu broczyła krew, inni zaś wyglądali jak gdyby zasnęli.
Zrobiło mu się niedobrze. Upadł na kolana i zwrócił wczorajszą kolację. Na czworakach dobrnął do ściany jakiegoś budynku, oparł się o niego i trzęsąc się, zaczął łkać jak dziecko. Ukrył twarz w dłoniach, nie chcąc widzieć rozdzierającego serce widoku.
Siedział tak dopóki nie poczuł, że ktoś na niego patrzy. Uniósł roztrzęsiony wzrok. Stał na drugim krańcu placu, trzymając jego torbę. Przekrzywił lekko głowę, jakby z zaciekawieniem.
Podtrzymując się ściany, Uzdrowiciel wstał i powoli zaczął iść w jego kierunku, potykając się o własne nogi i leżące ciała. Dobrnąwszy do chrzestnego, bał się spojrzeć w jego oczy. Blady mężczyzna narzucił na niego płaszcz i podał torbę.
- Do domu?
Przytaknął, niezdolny wymówić ani jednego słowa.




Na podstawie baśni „Kuma Śmierć”

statystyka