sobota, 7 stycznia 2017

Recenzja - “Władczyni Mroku” K. C. Hiddenstorm

Brak komentarzy:
Otrzymawszy „Władczynię Mroku”, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie słyszałam ani jej tytułu, ani nazwiska autorki. Opis brzmiał intrygująco, okładka bardzo mi się spodobała, więc... Czemu by po książkę nie sięgnąć?
Widać, że autorka miała pomysł. Fakt, w ostatnich latach pojawiło się sporo utworów o diabłach, aniołach, demonach, w końcu Edward i Stefano zostali zastąpieni przez Lucyfera i Gabriela. Mimo to, książka miała potencjał. Początkowo była nudna – nieinteresujący, przesadnie mroczny prolog, najwyraźniej mający wzbudzić w czytelniku zaintrygowanie. Niestety zamiast czuć zaciekawienie, można odczuć wręcz zażenowanie stereotypową „mroczną” dziewczynką.
 
Później robi się znacznie ciekawiej. Autorka przedstawia nam zarys intrygi. Poznajemy być może najciekawszą postać z całej książki, Lilith. W odróżnieniu od Megan, Lilith wręcz pchała fabułę do przodu. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron Władczyni Mroku była zdecydowanie najciekawsza. Jej czyny, uczucia, relacje z innymi bohaterami sprawiały, że mogłam dalej czytać. Nie mogę tego samego powiedzieć o Megan. Fragmenty książki, w których poznajemy jej perypetie, są niewiarygodnie nudne. Co chwilę otrzymujemy kolejne wspomnienia niemające dla fabuły żadnego znaczenia. Podejrzewam, że gdyby pominąć te momenty, kiedy bohaterka opisuje swoją nieprzyjemną przeszłość, książka byłaby znacznie bardziej zjadliwa.
 
Bohaterowie, nie licząc Lilith, także nie zachwycają. Większość jest absolutnie stereotypowa, nudna i przewidywalna. Od tego ostatniego wyjątek stanowi Megan. Spodziewałam się, że ta postać będzie młodziutką dziewczyną po szkole średniej, co mogłoby tłumaczyć jej nieodpowiedzialne, głupie zachowanie. Niestety Megan była już dorosłą, jednak bardzo niedojrzałą kobietą. Lubię, kiedy bohaterowie mają wady, dzięki temu są bardziej realni, a ja mogę się z nimi bez problemu utożsamić. Tutaj jednak postaci... nie mają pozytywnych cech. Wielu po prostu irytuje i męczy.
Na szczęście pozostaje Lilith. Władczyni Mroku wyraźnie się wyróżniała na tle innych bohaterów. Miała złożoną osobowość. Najpierw przedstawiona jako wyrafinowana, wręcz rozwiązła kobieta, pozbawiona skrupułów i uczuć, będąca w stanie bez najmniejszych problemów zabić przypadkową osobę, później pokazuje swoją drugą naturę. Potrafi być namiętna, bez problemu przedstawia swoje emocje.
 
Podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorka napisała tekst, zaniosła go do drukarni i na „własną rękę” go wydrukowała. Podejrzewam, że gdyby ktoś jej pomagał i doradzał, książka byłaby znacznie lepsza. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że „Władczyni Mroku” ani przez sekundę nie miała do czynienia z redakcją. Początkowo zaznaczałam niektóre „smaczki”, jednak szybko się poddałam. Między innymi dlatego:
 
„- Nie boisz się zostawiać jej tam samej, skarbie? A co, jeśli przypadkiem wezwie prawdziwego Księcia Ciemności lub postanowi złoży
 
kota sąsiadów w ofierze? Co wtedy? Zapisałaś sobie numer do jakiegoś okolicznego egzorcysty? - zadrwił, gdy przekraczali próg kuchni.”
 
~ „Władczyni Mroku” K.C. Hiddenstorm. Pisownia oryginalna.
Z bólem wspominam także o takim sposobie zapisania wyrazów: „nie ważne” oraz „powiedział by”. 
 
„Władczyni Mroku” bardzo przypomina niedokończony produkt. Nie chcę się rozpisywać o rodzaju papieru, fontach czy ilustracji. Sam tekst zawiera niedociągnięcia. Błędy rażą, bohaterowie w większości przypadków irytują, fabuła momentami jest ciekawa, momentami męcząca. Moim zdaniem zdecydowanie nie warto wydawać na ten tytuł 59 zł. Nie mogę polecić tej książki. Chciałabym. Zawsze staram się znaleźć w lekturze jakieś pozytywy, jednak w tej... nie ma żadnych. Mam nadzieję, że kiedyś autorka wróci do tej historii, dopracuje ją i ponownie wyda, tym razem lepszą.
 
Ocena: 3/10
 
~ Azrael

czwartek, 8 grudnia 2016

Konkurs

Brak komentarzy:
Drodzy Czytelnicy!

Tym razem Redakcja FMM wspólnie z Business & Culture przychodzi do Was z konkursem, w którym można wygrać egzemplarz „Władcy Pierścieni” – książki do kolorowania.
Aby stać się jej szczęśliwym posiadaczem wystarczy jedynie wygrać nasz konkurs. Żeby to zrobić należy przygotować wyjątkowy cosplay z „Władcy Pierścieni”.


Oczywiście zupełnie przypadkowo i przy okazji można urządzić Sylwestra w klimacie „Władcy Pierścieni” 
To od Was zależy kim się staniecie: drobnym hobbitem o zarośniętych stópkach jak Frodo, czy Sam, czy może majestatycznym i władczym Gandalfem, a może cudnej urody elfem o uwodzicielskim spojrzeniu i w obcisłych leginsach o wdzięcznym imieniu Legolas?

Na Wasze zdjęcia w tych wyjątkowych kreacjach czekamy do 6.01.2017. 

Ślijcie je na nasz adres mailowy: 

fantastykamitologia@wp.pl
Zastrzegamy sobie prawo do opublikowania zdjęć na naszym profilu na face boku. Jeśli ktoś nie wyraża zgody publikacji pod imieniem i nazwiskiem to prosimy o podanie pseudonimu.



 
- Frey

poniedziałek, 5 grudnia 2016

FIKCYJNE RELIGIE #4

Brak komentarzy:
Dzisiaj przeniesiemy się do świata gier (i, w pewnym stopniu, książek). Gry często są traktowane jako coś gorszego. Wiele osób patrzy na graczy znacznie mniej przychylnie niż na miłośników książek. Wciąż obecne jest przekonanie, że na komputerze lub konsoli możemy odpalić tylko strzelanki i wyścigówki, oczywiście zupełnie pozbawione fabuły bądź postaci.
 
W rzeczywistości, chociaż oczywiście nadal na rynku mamy gry polegające na strzelaniu do bezimiennych wrogów bądź skręcaniu na torze wyścigowym, to ogromną popularność zyskały gry mające fabułę. Główny wątek, akcje poboczne, szczegółowe, pełne zakamarków mapy, bogactwo kulturowe i społeczne... Obecnie przenoszenie się do świata gier to przenoszenie się także do innego świata. Czasami do średniowiecza ze smokami w bonusie, czasami do podwodnej krainy, czasami w odległą przyszłość.
Podczas rozgrywki nie tylko siekamy mieczem przeciwników i potwory, nie tylko zmieniamy zombie w durszlaki - mamy fabułę, mamy wątki główne i poboczne. Przyjaźnimy się z jednymi, walczymy z drugimi, romansujemy z trzecimi. W grach, podobnie jak w literaturze i filmach, mamy dużo motywów. Pojawiają się także religie i sekty. 
 
Zacznijmy od postapokalipsy. Bez wątpienia jedną z najsłynniejszych serii gier na świecie jest Fallout. W Fallout 3 oraz Fallout 4 pojawia się zgrupowanie zwane jako Dzieci Atomu. Jest to organizacja znajdująca się w Megatonie, miejscowości nieprzypadkowej, gdyż założonej tuż przy atomowym niewypale. Dzieci Atomu są sektą czczącą tę bombę. Na co dzień nikomu nie zagrażają, chociaż mogą obawy wzbudzać założenia kultu, np.: Wielka Wojna, wydarzenie, w wyniku którego świat uległ zniszczeniu, zostaje poddana niemal sakralizacji. Dzieci Atomu to aktywna grupa, mająca swoje obrzędy. Podczas gry można dostrzec modlących się ludzi. Nie bez znaczenia pozostaje przywódca sekty, Spowiednik Cromwell, który wygłasza kazania. 
 
Fallout nie jest jednak jedyną serią postapo, w której występuje fikcyjna religia. W tym przypadku wiara nie jest tak oczywista, za to odgrywa bardzo dużą rolę. Mowa o serii S.T.A.L.K.E.R. Już w pierwszej części gry (Cień Czarnobyla) mamy do czynienia z obiektem kultu frakcji - Kryształem Monolitu. Jego wyznawcy głoszą, iż to obiekt z kosmosu, posiadający niewyobrażalnie wielką moc. Potrafi spełnić każde życzenie, dlatego powinien zostać chroniony przed innymi. 
 
W rzeczywistości Kryształ to dzieło twórców projektu "Świadomość-Z". Za pomocą iluzji pozbywa się tych, którzy do niego docierają. Spotkanie z nim nigdy nie kończy się dobrze. Przykładem może być Doktor, który poprosił Monolit o możliwość pomagania każdej żywej istocie, jednak w wyniku tego przestał rozróżniać ludzi i mutanty. Główny bohater gry ma pięć możliwych zakończeń związanych z Kryształem. Nieważne, czy jego życzenie będzie egoistyczne, czy mające dobre intencje - pragnienia nie zostają spełnione, a postać cierpi - czy to zostanie przysypany przez dach, czy to zmienia się w metalową figurę. Ciekawy jest skutek życzenia "Chcę rządzić światem". Po wypowiedzeniu tych słów bohater ginie, a jego duch, czy też świadomość, trafia do wnętrza Kryształu. Czyżby Monolit - choćby tylko w swoim mniemaniu - miał zdolność władania światem? 
 
Jak się okazuje, ta fikcyjna religia jest nieprawdziwa nawet w świecie gry. Obiekt kultu nie przywędrował do Zony z kosmosu ani nie spełnia życzeń. To projekt naukowy. Wierzący w Kryształ z kosmosu monolitowcy nie znają prawdy o swoim bóstwie, dzięki czemu twórcy dzieła mogą posługiwać się nimi w celu ochrony.
 
 
 ~ Azrael

poniedziałek, 28 listopada 2016

Brak komentarzy:
Tytuł: Łowca z Lasu 
Autor: Andriej Lewicki 
Wydawnictwo: Fabryka Słów


 S.T.A.L.K.E.R. był, Przygranicze było, pora wziąć się za Survarium. Jest to kolejny cykl z Fabrycznej Zony. „Łowca z Lasu” chodził za mną od dawna. Kusił mnie opis groźnego świata, pełnego mutantów, niebezpiecznych ludzi i ciągłego ryzyka. Prawdę mówiąc, byłam zaskoczona. Nie spodziewałam się, że książka będzie... Aż tak dobra. Powieść rozpoczyna się spokojnie. Najpierw mamy cytat, następnie rozdział pierwszy i refleksję głównego bohatera. Już po niej możemy domyślać się, z jakim człowiekiem będziemy mieć do czynienia – opanowanym, dojrzałym, doświadczonym mężczyzną. Zanim jednak zdołamy poznać tę postać, otrzymujemy spotkanie z dzikiem mutantem. Już na pierwszej stronie autor umieszcza zmutowane zwierzę, pamiętając o jego dokładnym opisie. Andriej Lewicki zadbał o to, aby przedstawić nam swój świat w sposób ciekawy i szczegółowy. Nie nudzimy się, czytając opisy kolejnych stworów bądź przedmiotów. Autor nie zapomina o niczym – wiemy, jak wyglądają zmutowane zwierzęta, jak się zachowują. Bohaterowie są dokładnie przedstawiani. Każdy ma więcej niż jedną-dwie cechy. Niektórzy są tak prawdziwi, bez problemu możemy się z nimi utożsamić. 

Dodatkowym atutem jest przedstawienie relacji między poszczególnymi osobami. Na samym początku książki autor ukazuje, kim dla głównego bohatera, Stasa, jest jego przyjaciel – i nie używa do tego wyłącznie słowa „przyjaciel”, a dokładnie wyjaśnia, kim dla siebie mężczyźni są. Rzadko w książkach zdarza się, aby autor aż tyle uwagi poświęcił każdemu detalowi. Jednak po takim rozpieszczeniu czytelnika szczegółami pisarz popełnił to, co wielu innych w powieściach przeznaczonych raczej dla mężczyzn: pominął płeć piękną. O ile przywykłam, że w literaturze science fiction kobiety są postaciami płytkimi, często pozbawionymi jakichkolwiek osobowości, to w wypadku „Łowcy z Lasu” widać dokładną różnicę w sposobie przedstawiania postaci. Mężczyźni są dokładnie opisywani, a kobiety mają jedną, góra dwie cechy. Nie miałabym najmniejszego problemu ze skąpym ukazaniem płci pięknej – to nic nowego w literaturze – jednak zasmucił mnie fakt, że autor nie poświęcił im choć trochę uwagi. Prawdopodobnie gdyby nie szczegółowe przedstawienie mężczyzn, nawet nie zauważyłabym tej płytkości kobiet. Wielka szkoda, że autor nie dopieścił także żeńskich postaci, jednak cieszę się, że poza tym jednym wyjątkiem nieustannie pilnował każdego detalu. Fabularnie książka przedstawia się bardzo dobrze, choć pojawiło się parę niedociągnięć. Mamy bardzo dużo akcji, mamy bogate sceny walki. Autor sprawnie przemieszał opisy przedmiotów, postaci i wydarzeń. 

Nie mamy fragmentów, w których nagle znika cała dynamika, pozostawiając czytelnika z mocno bijącym sercem i spokojnym opisem postaci. Lewicki perfekcyjnie zachował równowagę. Oczywiście pojawiają się nagłe zwroty akcji. Czasami podczas przewracania kartki na następną stronę człowiek może odnieść wrażenie, że przeskoczył o rozdział do przodu. Czytelnik dzięki temu jest czujny, nie może nudzić się podczas lektury. Andriej Lewicki zadbał o to, aby nie tracić naszej uwagi. Jednak książka to nie tylko tekst, na pewno nie w wypadku Fabrycznej Zony. Podobnie jak inne książki z serii, „Łowca z Lasu” zawiera ilustracje. I to ile! Co ok. 30 stron otrzymujemy kolejną. Żadna z nich nie zdradza za wiele z fabuły, raczej pomaga wgłębić się, wczuć w świat Stasa. Są mroczne, kojarzące się z samotnością. 

Pokazują potęgę Lasu. Inna sprawa z okładką. Ilustracja na niej jest przepiękna, wspaniała, jednak nie oddaje w pełni klimatu książki. Jest bardziej niewinna i pogodna. Mimo to wręcz ją uwielbiam i ciężko mi znieść wciśnięcie przed nią jakichkolwiek tekstów (w tym wypadku napisy „edycja limitowana” oraz „książka z kodem do gry[...]”). Podobnie jak S.T.AL.K.E.R., Survarium to uniwersum pełne dzikości. Mamy przerażający, niebezpieczny świat. Czytając jednak „Łowcę z Lasu”, odniosłam wrażenie, że S.T.A.L.K.E.R. to przy Survarium przedszkole. Jestem ogromną fanką tego pierwszego uniwersum, i choć widzę mnóstwo podobieństw między jednym a drugim, to drugie – przynajmniej u Andrieja Lewickiego – prezentuje się znacznie bardziej nieokiełznanie. Jest szalone, dzikie i wręcz niezbadane. Bardzo żałuję, że w Polsce na razie książkowe Survarium jest znacznie mniejsze od S.T.AL.K.ER.a. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Andriej Lewicki stworzył fascynujący świat, który bardzo chętnie bym ponownie odwiedziła. Podczas czytania odnosiłam wrażenie, że Andriej Lewicki godzinami dopieszczał książkę, chcąc dać czytelnikom jak najlepszy produkt – i to mu się udało. Nieważne, czy jesteście fanami S.T.A.L.K.E.R.a, czy nie, możecie śmiało sięgnąć po tę książkę. Wejdźcie do Lasu i go poznajcie. Ocena: 9/10 Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów 

~ Azrael

poniedziałek, 21 listopada 2016

“Tam gdzie ciepło” - recenzja

Brak komentarzy:

"TAM GDZIE CIEPŁO" 
Paweł Kornew - recenzja
 
 
Swoją przygodę z Fabryczną Zoną zaczęłam od S.T.A.L.K.E.R.a. Początkowo nie interesowałam się książkami z żółtymi, zielonymi oraz niebieskimi trójkątami. Niedawno otrzymałam powieść „Tam gdzie ciepło”. Tytuł brzmiał zachęcająco, okładka kusiła, ze słów znajomych wynikało, że książka to taki S.T.A.L.K.E.R. plus czary. Porównanie dość dziwne, jednak intrygujące i całkiem pasujące. Otwierając powieść, otrzymujemy zgrabne wprowadzenie. Poznajemy, czym jest Przygranicze, dowiadujemy się, jak wygląda. Z każdym zdaniem narasta napięcie. Możemy przygotować się do tego, co nas czeka – jak się można bez trudu domyślić, autor nie szykuje nam lekkiej historyjki i nie zamierza oszczędzać głównego bohatera. „Tam gdzie ciepło” jest kontynuacją „Lodowej cytadeli”. Moja wina – nie sprawdziłam tego wcześniej. Nie wiedziałam, co się działo w starszej książce, zabierając się za nową. Szybko to odkryłam - „Tam gdzie ciepło” rozpoczyna się gwałtownie. Chociaż nie otrzymujemy na wstępie pościgu i wybuchów, na pierwszej mamy wrażenie, że trafiliśmy w środek przerwanej wcześniej historii (chociaż, jak się dowiadujemy, od wydarzeń z „Lodowej cytadeli” minęło trochę czasu). Pierwszy rozdział pokazuje nam, z kim mamy do czynienia. Główny bohater, Jewgienij Maksymowicz Apostoł, to biznesmen. Przez pewien czas pomyślnie prowadził interesy. Jak się jednak okazuje, mężczyzna nie jest zwykłym przedsiębiorcą. Poza smykałką do biznesu, posiada także specjalną moc. Brzmi ciekawie, czyż nie? Apostoł jest jasnowidzem. Ze względu na wydarzenia z poprzedniego tomu, nie może swobodnie korzystać ze swojego daru – znajduje się bowiem w celi, w której korzystanie z mocy nie jest możliwe. Sprawia to, że mężczyzna jest niemal zupełnie bezbronny. Jak się jednak okazuje, przedsiębiorca specjalnie trafił do celi. Znajdował się w zamknięciu z własnej woli, gdyż tylko tam jego życie nie było zagrożone. Jednak mieszkanie w czterech ścianach i brak kontaktu z innymi ludźmi dają się we znaki, dlatego Apostoł szybko przystaje na propozycję otrzymaną przez ojca Dominika. Pierwsze 60 stron stanowi wprowadzenie do akcji. Poznajemy bohaterów i ich plany. Dowiadujemy się, jaka będzie misja Apostoła. Mężczyzna, nie mając większego wyboru, zgadza się wyruszyć do Siewieroreczeńska – ma tam zacząć nowe życie. Doświadczony przedsiębiorca wyrusza w podróż do dalekiego miejsca, gdzie ma być bezpieczny – a przynajmniej mniej zagrożony niż dotychczas. Akcja rozpędza się. Autor sprawnie miesza czytelnikom sceny spokojniejsze i bardziej dynamiczne. Nie możemy być pewni, co nas czeka. W jednej chwili główny bohater celebruje swoje święto, w drugiej zmierza do tajemniczego miejsca, nie wiedząc, kto ani co go czeka. Nawet zwykła podróż z punktu A do punktu B może zahaczyć o otarcie się o śmierć. Bohaterowie nie są stereotypowi. Apostoł nie jest grzecznym chłopem, wręcz przeciwnie. Jako narrator często dodaje komentarze od siebie. Bywa złośliwy, cyniczny, czasami wydaje się bezduszny, jednak dzięki temu bohater jest bardziej rzeczywisty, a czytelnikom łatwiej jest go zrozumieć – Apostoł staje się człowiekiem z krwi i kości, a nie płytką, bezbarwną postacią. Jego towarzysze potrafili niejednokrotnie mnie zaskoczyć – szczególnie w pamięć zapada Denis. Jedyne, co mi nie pasowało, to dialogi. Było ich bardzo dużo, miejscami znacznie więcej niż opisów. I choć zazwyczaj rozmowy między postaciami są świetną formą subtelnego przekazania czytelnikom istotnych informacji, w wypadku tej książki wielokrotnie konwersacje były przedłużeniami. Być może nie zwróciłabym na to takiej uwagi, gdyby nie to, że dialogi dość często brzmiały wręcz nienaturalnie. O ile parę razy pojawiły się interesujące potyczki słowne, to w większości przypadków można było niemal przysnąć podczas lektury. Pomimo przeciąganych momentów, książka jest bardzo dobra. Autor ją dopracował i dopieścił, dając nam świetny produkt. Choć książka ma niemal 600 stron, a niektóre z nich mogły znużyć czytelnika, to przez większość rozgrywa się interesująca, dynamiczna, wciągająca akcja. Książkę czytałam w formie egzemplarza recenzenckiego, dlatego nie wiem, jak prezentuje się ostateczna wersja, którą możecie otrzymać w księgarniach. W odróżnieniu od pozostałych książek z Fabrycznej Zony, nie zawiera ilustracji (być może są one w finalnej wersji). Mimo to nawet mój egzemplarz posiada przepiękną, klimatyczną okładkę. Wystarczy jeden rzut oka na książkę, aby mieć pewność, że to nie jest ciepła lektura, a kolejna brutalna powieść z Fabrycznej Zony. Po przeczytaniu jej sądzę, że niebieski trójkąt na okładce to obietnica wspaniałej zabawy. Nie mogę jednak tej książki polecić każdemu – moim zdaniem lepiej jest zacząć od „Lodowej cytadeli”. Kontynuacja, chociaż bardzo dobra, może nie zostać tak dobrze odebrana przez czytelnika, który wcześniej w ogóle nie miał do czynienia ze światem wykreowanym przez Pawła Kornewa. Gdy już jednak „Lodową cytadelę” przeczytacie – wtedy śmiało sięgnijcie po „Tam gdzie ciepło” :)
 
Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów. 
 
~ Azrael

wtorek, 15 listopada 2016

“Wedle Zasług” - recenzja

Brak komentarzy:
Tytuł: Wedle Zasług 
Autor: Sławomir Nieściur 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
 
RECENZJA AZRAEL: 
Niedawno seria S.T.A.L.K.E.R. powiększyła się o kolejny, dziewiąty już, tytuł. Zaledwie parę dni temu premierę miała powieść „Wedle zasług”. Książka jest debiutem Sławomira Nieściura. Autor stanął na wysokości zadania. Stworzył i opisał świetną historię. Mamy w niej wszystko, za co kochamy S.T.A.L.K.E.R.a. Mamy misje, mamy intrygujących bohaterów, mamy zgraję mutantów i emisje... Ale po kolei.Akcja rozpoczyna się w 2006 roku. Otrzymujemy niewinny jak na Strefę wstęp: polowanie. Bohaterowie, Jusupow i Rybin, są łowcami. Zajmują się eliminowaniem niebezpiecznych stworzeń, takich jak szary czarnobylski. Czasem jednak role się mogą odwrócić.W wyniku eksperymentu myśliwi stają się zwierzyną. Zona zmienia się w zupełnie inne, znacznie groźniejsze, miejsce. Anomalie pojawiają się na każdym kroku, większość ludzi zmienia się w krwiożercze bestie... Jusupow i Rybin znajdują się w niebezpieczeństwie, jednak zagrożenia nie stanowią wyłącznie twory Strefy, ale też inni ludzie.Podczas gdy łowcy walczą o przetrwanie w Strefie, ich tropem rusza inny myśliwy – Mietkin. To właśnie on odpowiada za sytuację Jusupowa i Rybina.Nie ma głównej postaci – każdy w podobnym stopniu wnosi do książki coś od siebie. Czytelnik śledzi losy wielu osób jednocześnie – tajemniczego Waruchina, Mietkina i jego towarzyszy oraz Rybina i Jusupowa. Bohaterowie są różnorodni. Każdy ma inny charakter i inny cel. Nie zawsze wiemy, czego się spodziewać. Dla osób znających Fabryczną Zonę dodatkowym smaczkiem będzie stworzony przez Bartka Biedrzyckiego stalker Bożokorow.Przez książkę przewija się mnóstwo postaci, które w większym lub mniejszym stopniu mają wpływ na rozwój wydarzeń, dzięki czemu akcja stale pędzi. Powieść wciąga czytelnika i go nie wypuszcza aż do ostatniej linijki. Podczas lektury można odnieść wrażenie, że jest się tuż obok bohaterów – wraz z nimi przemierza się bagna, poluje na pseudogiganta bądź ucieka przed emisją. Autor zadbał o to, aby w powieści nie zabrakło opisów, dlatego całkiem łatwo jest przenieść się do wnętrza książki. Nawet osoba, która nie zna serii, łatwo się wczuje w klimat Zony.Wystarczy przewrócić stronę, aby znaleźć się zupełnie innym miejscu, z zupełnie innymi postaciami i zupełnie innym problemem na głowie. Momentami czytelnik może się pogubić. Podczas czytania należy zachować czujność. Książka nakłania do myślenia, a bez tego można łatwo wpaść w anomalię zwaną „nieogarnięciem”.Sceny polowań i wędrówek po Strefie są obfite w grozę. Wrażliwe osoby mogą słabo przeżywać opisy walki i ran zadawanych przez mutanty. Autor nie oszczędza słów, przedstawiając zabójcze zdolności pijawek i innych bestii. Jak to w Zonie bywa, trup ściele się gęsto. Bohaterowie nie są niezniszczalnymi herosami, którzy zmieniają świat na lepsze. Mają swoje cele i słabości, a dzięki nim otrzymujemy nie tylko wartką akcję, ale też elementy komizmu. Specyficzny humor jest widoczny w kilku momentach. Między innymi dzięki niemu czytelnik może bez problemu wczuć się w klimat Strefy.Powieść bardzo polecam zwłaszcza fanom serii. Osoby, które wcześniej nie miały ze S.T.A.L.K.E.R.em do czynienia, mogą mieć problem ze zrozumieniem świata, jednak nawet to mogą ominąć dzięki wyjaśnieniom autora.Dodatkowym smaczkiem będą ilustracje Pawła Zaręby. Artysta doskonale oddał klimat powieści, tworząc rysunki niektórych scen. Nadruki są świetnej jakości. Jasne na tyle, aby były widoczne szczegóły, a jednocześnie ciemne i mroczne. Z zewnątrz powieść również prezentuje się wspaniale – grafiki piękne, kolory intensywne, napisy równe. Nic, tylko przeczytać i dodać na półkę kolejną książkę z pomarańczowym trójkątem.
-----------------
 
 
RECENZJA GUMIGUTY: 
„Wedle zasług” Sławomira Nieściura nie jest moim pierwszym spotkaniem ze stalkerskim uniwersum. Za dzieciaka grało się ukradkiem w grę, napieprzało mutanty, gdy rodzice nie patrzyli. Kilka lat później przyszedł czas na książki Noczkina, który (na szczęście nie dosłownie) wprowadził mnie w Zonę. Jednak „Wedle zasług” to pierwszy tytuł spod pióra rodzimego autora, po który sięgnęłam. Powieść można porównać do dobrego, wysłużonego kałacha i półlitrowej wódki Kozak. Mówiąc krótko, jest moc.Zaczyna się niewinnie, jak na Zonę. Dwóch myśliwych, Jusupow i Rybin, wałęsają się po skażonym terenie w poszukiwaniu szarych czarnobylskich, cholernie niebezpiecznych wilków, które pojawiły się w okolicach tuż po katastrofie. To miała być bezproblemowa misja, ta dwójka już niejedno bydlę utłukła. Jednak Zona tak łatwo ze swych objęć nie wypuszcza, szczególnie gdy „ci z góry” mają coś na sumieniu. Choć powszechnie wiadomo, że wódka wchodzi jak złoto, to mimo to szefostwo pewnej nocy za bardzo zabalowało i, chcąc nie chcąc niepożądane pliki czy inne dane poszły w bliżej nieznany eter. Coś szlag trafił, coś zrobiło głośne „pierdut!”. Eksperyment nie poszedł najlepiej, a ci którzy przetrwali emisję (czyt. Jusupow i Rybin), muszą opuścić ten świat. I to możliwie jak najszybciej.Czytając pierwszy rozdział, czytelnik jest niemal pewny, że dwaj myśliwi bez wątpienia są głównymi bohaterami „Wedle zasług”. Im bliżej końca, tym odbiorca zdaje sobie sprawę, że Nieściur nie zdecydował się na skupienie fabuły tylko wokół wyżej wymienionych łowców. Poznajemy całą chmarę postaci, które reprezentują różne grupy oraz osobowości. Mamy stare wygi w postaci Jusupowa i Rybina, młodych gniewnych żółtodziobów, stalkerów z krwi i kości, wojskowych, którzy dla wielu są jak wrzody na tyłku i wiele innych bohaterów, mających unikalne cechy czy przynależących do różnorodnych frakcji. Jest to umiejętnie wykorzystany zabieg, ponieważ losy jednej postaci potrafią porządnie namieszać w fabule, co daje autorowi spore pole do popisu w rozwoju akcji.Nie każdą postać trzeba darzyć miłością, część z nich naprawdę trudno polubić, patrząc na ich poczynania. Jednakże Nieściur tak skonstruował ich charaktery, że czytelnik jest w stanie zrozumieć ich motywacje i postępowania. Choćby nie wiadomo, jakimi parszywcami by się okazali, pomyśli sobie „no w zasadzie nie dziwię się facetowi…”. Nie tylko postępowanie, ale również dialogi wydają się bardzo naturalne. Przebywający w Zonie nie są zbyt elokwentni, przynajmniej większość z nich. Zarzucą mięsem, niezbyt grzecznie się odezwą, czasami zdania złożone są w sferze marzeń. Lecz dzięki temu ich rozmowy wyglądają na prawdziwe i niewymuszone. Zdarza się, że ilość przekleństw jest na tyle duża, że ważne dla fabuły informacje zostają gdzieś w tyle, nie docierają do czytelnika. Na szczęście Nieściur zachował proporcje i słowa na literę „k” nie przesłaniają całości.Fabularnie „Wedle zasług” również wypada całkiem nieźle. Zonę widzimy z różnych perspektyw, zależnie od bohatera, z którym w danym momencie przeżywamy. Tak samo jak prezentowane wydarzenia. W uniwersum S.T.A.L.K.E.R. w zasadzie nie ma miejsca na pogaduszki o polityce, skoro na plecach czujesz śmierdzący oddech pseudogiganta. Liczą się mutanty, kałach i co lepsze artefakty. Ale polityka zawsze gdzieś tam się kręci, prawie że niewidoczna, ale odczuwalna. Nieściur zaakcentował to całkiem dobitnie, że emisje znikąd nie przyszły. Niewiele jeszcze o nich wiemy, ale „Wedle zasług” ostatnią książką tego pisarza nie jest. Mam nadzieję, że dowiemy się nieco więcej, gdyż na razie mamy tylko przesłanki, które zaostrzają apetyt. Na razie sporą część książki zajmują walki z mutantami, które zostały naprawdę dobrze przedstawione. Opisy bijatyk nie ciągną się w nieskończoność, nie są też za krótkie, a co najważniejsze autor nie rozdrabnia wszystkiego na atomy. Owszem, opisy są szczegółowe, ale czytelnik dostaje tyle informacji, ile potrzebuje. Wymiary mięsaka ani dokładny model stalkerowego gnata nie jest niezbędny do życia i Nieściur doskonale zdaje sobie z tego sprawę.Akcja toczy się szybko, co jest charakterystyczne dla tego uniwersum. Przyspieszają ją zgrabne opisy walk, nawet niektóre co ważniejsze wymiany zdań między bohaterami. Nie sposób zasnąć przy „Wedle zasług”, ani też znudzić się. Jednakże pojawią się pewne fragmenty, które mają służyć uspokojeniu akcji – ktoś opowiada o swoich zdobyczach, ktoś gada o tym, jak bohatersko załatwił mutanta. Coś, co miało spełniać funkcję retardacji, tak naprawdę nie było wcale potrzebne. Te epizody nie wprowadzają niczego nowego do fabuły i nie do końca dopasowują się w całość. Równie dobrze może ich nie być. Jednakże takich fragmentów nie jest wiele, więc nie są one rażące.Jeśli zaś chodzi o Zonę, to jest ona niemalże w stu procentach taka, jaka powinna być. Mamy artefakty, mutanty, emisje i inne tego typu atrakcje turystyczne. Nowością, przynajmniej dla mnie, jest obecność owych myśliwych, którzy ze stalkerstwem mają wspólne tylko to, że siedzą po uszy w bagnie zwanym Zoną. Nie zbierają artefaktów, do żadnej większej frakcji nie należą, za mutantami, jak nie muszą, też nie ganiają. Jest to element, który bardzo mi się podoba. Natomiast przedstawienie wojskowych nie do końca trafiło w mój gust. Choć taka technologia już oczywiście istnieje, to jednak żołnierze w egzoszkieletach sprawiali, że Zona robiła się mniej naturalna, a bardziej science-fiction. Być może wynika to z przyzwyczajenia do świata przedstawionego przez Noczkina, gdzie 3/4 postaci liczyło na twardą dupę, głupie szczęście i naładowanego kałasznikowa, aniżeli na wymuskaną zbroję, która mogła odwalić połowę brudnej roboty (ale żeby nie było, egzoszkielety u Nieściura niezniszczalne nie są).Wisienką na torcie są ilustracje Pawła Zaręby, które świetnie łączą się z klimatem kapryśnej Zony. Są mroczne, utrzymane w odcieniach ciemnych szarości i czerni. Chociaż sercem nadal jestem przy stylu Dominika Brońka, to po lekturze „Wedle zasług” z czystym sumieniem mogę pokusić się o stwierdzenie, że ma on godnego przeciwnika, Pawła Zarębę.„Wedle zasług” nie jest książką z oceną „mocne 2/10”. Zdecydowanie bliżej jej do mocnego 8/10, biorąc pod uwagę zarówno fabułę i świat, jak i postaci. Nieściur zafundował nam kawał porządnego postapo i nie na pewno nie jedno ma jeszcze do zaoferowania. Mam nadzieję, że autor ma już w zanadrzu kontynuację, bo niedosyt po „Wedle zasług” pozostał. Powieść pochłania się szybko i z przyjemnością, dokładnie tak jak wódkę Kozak.
--------------
Za możliwość przeczytania książki "Wedle zasług" dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów.

statystyka